Wszystko źle

Zrobiłam sobie wycieczkę po prasie i internetach, i już wiem, co my – Polacy – robimy źle.

Wszystko.

Po pierwsze, żyjemy rozrzutnie, i nie odkładamy pieniędzy, a wszystko wydajemy na bieżąco, w dodatku w niewłaściwych miejscach, nie pobudzając koniunktury a napędzając kapitał dyskontom, lombardom i rujnując polską gospodarkę. Poważne firmy i przemysł są bardzo zatroskane naszą nieodpowiedzialnością w sprawie wydatków – nie kupujemy nowych samochodów, i przez to gospodarka nie rośnie. No właśnie, co my z tymi pieniędzmi robimy – nie odkładamy, nie inwestujemy, kupujemy jakieś śmieci na przecenach…

Może przynajmniej sensownie zajmujemy się resztą?
Ależ skąd!

Po pierwsze – pracujemy za mało. Za krótko. Nie inwestując i nie odkładając, za co nas rugano wcześniej, nie mamy szansy mieć dobrych emerytur, więc państwo nas zobliguje do tej zapobiegliwości. Pamiętajmy jednocześnie, by pracując więcej, pracować mniej, a zwłaszcza – nie w niedziele. No, ale pracujmy, bo same się pieniądze na inwestycje, konsumpcję i emerytury nie odłożą. Pracujmy, mając świadomość, że notorycznie zaniedbujemy rodzinę. Upominają nas w tej sprawie badacze, socjologowie i biskupi, ci ostatni proponują w dodatku rozwiązania niewymagające portfela: ot, zamiast pracy w niedzielę czy próżnych rozrywek w świątyniach konsumpji – wizyta w kościele, ale, oczywiście, to nie jest zakaz stymulowany religijnie.

Ach, a skoro o rodzinie. Ta też się zapuściła. Zamiast zakładać rodziny i rodzić dzieci, jak nam nakazują na własnym przykładzie politycy, młodzi ludzie są kompletnie rozwydrzeni, przyzwyczajeni do konsumpcyjnego i wygodnego trybu życia. Fenomenem pozostaje, że przy demograficznym lenistwie i bumelanctwie, mamy deficyt miejsc w żłobkach czy przedszkolach i przepełnione klasy w szkołach. A po powrocie do domu dzieci napotykają na kolejne skutki naszego egoizmu, o czym już było wyżej, to jest – na brak czasu i uwagi.

Wyszukiwanie materiałów do tej notki to kwadrans. Kolejny kwadrans mógłby wykazać źródła kolejnych tez, o pochodzeniu publicystycznym i politycznym – że jesteśmy za mało uduchowieni, ale zbyt New Age’owi, że nie chcemy podejmować pracy za sześćset złotych na rękę mimo wściekłego bezrobocia, że nie lubimy wyjeżdżać na wakacje czy chodzić do lokalów gdzie są małe dzieci, ale za mało przedsiębiorstw jest przyjaznych rodzinom, etc.

To jest świat mediów, i świat polityki. Tak jest kształtowane nasze narodowe – obywatelskie – poczucie wartości: na permanentnym sztorcowaniu i wykazywaniu, że jest źle, bo się źle staramy. To, że państwo jeszcze istnieje, zawdzięcza zapewne wyłącznie sile inercji, bo pretensje, jakie z sejmu, ambony i szpalt zgłasza wobec obywateli, wobec nas, wobec mnie osobiście, są sprzeczne i wzajemnie wykluczające. Co więcej, nie są poparte żadnym sensownym działaniem wspierającym pożądany kierunek zmian – poza nakazami i zakazami (politycy mogą nakazać jednocześnie pracę o dziesięć lat dłuższą i wykluczyć jeden dzień pracy w tygodniu, mogą w ramach promocji dzietności postulować zakaz aborcji i zarazem obcinać środki na leczenie przewlekłych i wrodzonych chorób u dzieci, i tak dalej), do których społeczeństwo ma się dostosować jak umie. Pracować więcej, lepiej, dłużej, rodząc zarazem dużo dzieci i spędzając z nimi mnóstwo wartościowego czasu, kupując polskie produkty, inwestując i napędzając gospodarkę, jednocześnie odkładając stosowne kwoty na swoje emerytury i na prywatne ubezpieczenia medyczne. Wskazana byłaby również zdolność żonglerki płonącymi maczetami, prawo jazdy na TARDIS i wózek widłowy oraz certyfikaty bilokacji.

Ta notka nie ma morału. Ta notka nie będzie wyrażać nawet specjalnej nadziei na zmianę treści w mediach i sejmie. W tym wszystkim zaszyta jest nadzieja, że politycy i eksperci gazetowi mówiąc o czymś, będą zdolni patrzeć na więcej niż jedną tabelkę z danymi jednocześnie, i zanim zagrzmią ultymatywnie i autorytarnie tonem zezłoszczonego rodzica – wspomną, czy tydzień wcześniej nie żądali czegoś zupełnie przeciwnego. Media i politycy próbują bowiem wychowywać społeczeństwo techniką interwencji od awantury do awantury, od katastrofy do katastrofy, mając zupełnie poza polem widzenia homeostazę społeczną. Bawią się prawem jak ryglami i pokrętłami, patrząc na jeden wskaźnik – i dopiero gdy następny grozi wybuchem, lecą interweniować, z krzykiem i pretensjami. Po kolejnej awanturze domowej prasówce odechciewa mi się traktować te medialne połajanki poważnie, bo nie da się – chyba że ktoś ma pamięć jak muszka owocówka. Albo poczucie humoru pozwalające po lekturze zbiorczej tych wszystkich pretensji, fochów, projektów zbawienia i restrykcji poprawiających kołderkę na trupie zacytować:

Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie

Reklamy

12 thoughts on “Wszystko źle

  1. Swego czasu miałam bardzo podobne odczucie względem przekazu medialno-internetowego dotyczącego kobiet i tego, co powinny robić i jakie powinny być, żeby być szczęśliwe.
    http://asloska.blogspot.com/2012/12/osmiornice-i-meduzy.html
    Z portali informacyjnych został mi portal stołecznej, z którego i tak skupiam się na nagłówkach. Na resztę internetu założyłam sobie gęste mentalne sito.
    A poza tym dzień dobry.

  2. @aselniczka:

    Och, pisma dla kobiet mają osobny, cuchnący siarką kącik w moim zgniłym serduszku.
    Kiedyś bawiłyśmy się z koleżanką sumowaniem prasówki damskiej, kilku tytułów, z których każdy miał cudowny artykuł z cyklu „poświęć tylko pół godziny dziennie swoim stopom/włosom/szyi/dłoniom/oczom/random_body_element” plus obowiązkowe „spędź z dzieckiem tyle a tyle robiąc to i to” i po zsumowaniu zaleceń z kilku pisemek wyszła nam doba wenusjańska. Plus, oczywiście, zalecenia sprzeczne ze sobą na temat stylu życia, ubierania, zachowań i charakteru, oczywiście.
    Prasa kobieca albo uważa czytelniczki za kretynki, niewidzące sprzeczności w obrębie jednego numeru, albo sobie publiczność na idiotki wychowuje, przyuczając je, by kompletnie ignorowały treść i skupiały uwagę na ładnych obrazkach. I reklamach.
    W pewnym sensie miło, że rynek prasowy się ujednolica i tę fantastyczną strategię redagowania przyjęły globalnie prawie wszystkie tytuły ;>

  3. Nawet nie zupełnie mam na myśli prasę kobiecą – chociaż też – bo mało jej czytam (WO jeno), ale wszelkiego rodzaju fejsdupowe memy, quasi-coelhowskie prawdy objawione, które mają pretensje być radami na całe życie. Niestety, żyjemy w takich czasach i takiej kulturze (i takim zagubieniu), że jednozdaniowe przepisy na szczęście robią furorę i zdają się rozwiązaniem wszystkich naszych problemów.
    I chciałabym to jakoś ładnie zakończyć, ale w ogóle mi nie idzie sklecenie ładnego podsumowującego zdania ;]

  4. Archetypiczne „pismo kobiece” po raz pierwszy obejrzałam jako nastolatka na początku 90. i pamiętam, że po paru minutach zagrała mi w myślach piosenka zespołu, którego wtedy czasem lubiłam posłuchać: „Nie pamiętam, od kiedy tak mnie nagle pokochał świat, wyciągając wciąż z biedy całą masą bezcennych rad…” (Lady Pank – tak, matko, zgrzeszyłam).

    Szczytem była chyba porada umieszczona w ramce przy jakiś przepisie na zapiekankę: „Wyjmując blachę z piekarnika, zawsze używaj rękawic, żebyś się nie poparzyła”.

  5. @Kasia
    „jedno Polacy robią dobrze: krytykują i pouczają wszystko i wszystkich. :)”

    E, bzdura. Jeśli wierzyć danym eksportowym robią też doskonałą strusinę, wędliny, flizy, owoce, bombki choinkowe i miny przeciwpiechotne (chociaż od czasu podpisania konwencji przeciw ich użyciu to już chyba tylko ceramiczne obudowy).

  6. @Krystyna.ch
    super! Rozwojowe, innowacyjne hi-tech sektory! No to podniosłaś mnie na duchu :)

  7. Kiedy rzecz w tym, że część tych zarzutów jest niestety prawdziwa. Nie popieram polityki szczawiu i mirabelek, ale fakt jest faktem, że są ludzie biedni bo ich na nic nie stać i są ludzie biedni, bo ich stać na kablówkę, nowy telewizor, farbę do włosów i wakacje, a nie stać na to, żeby pleśń ze ściany usunąć szarym mydłem za 1 zł 10 gr. Niestety, ci drudzy przeżerają pomoc i ulgi dla tych pierwszych i to nie jest w porządku. Dosyć wcześnie zaczęłam się sama utrzymywać, jednocześnie studiując dziennie i był czas, kiedy jadłam jeden ciepły posiłek na dwa tygodnie, ale nie była to zupka chińska z Radomia, tylko ziemniaki. Ze stypendiów, opieki społecznej, ani niczego takiego nigdy nie korzystałam. Na to, żeby mój byt się poprawił pracowałam bardzo ciężko i niestety, trzeba też było trochę wyrzeczeń i wiele (za co bardzo dziękuję) pomocy życzliwych mi, znajomych ludzi. Mimo to wciąż mam ten sam płaszcz, który kupiłam jeszcze w czasach licealnych i i zwykły telewizor z dużym tyłem, który dostałam od sąsiadów, którzy go wymieniali na nowy – płaski. I nie wiem, ile musiałabym zarabiać, żeby na wesele wziąć 40 tysięcy kredytu. Wolałam nie mieć wesela, a zaoszczędzone pieniądze odłożyć na konto dla syna, żeby miał już coś odłożone jak pójdzie do szkoły i pojawią się nieoczekiwane wydatki. Pewnie z racji trybu życia, jaki prowadziłam przez kilka lat mam obniżone wymagania, ale nie mam potrzeby dowartościowania się np. wyjazdem na wakacje. Odpocząć można wszędzie i to wcale nie siedząc w domu przed telewizorem. Uważam też, że płyn do naczyń jest ważniejszy od farby do włosów, a pralka czy kuchenka gazowa od telewizora i nowej komórki. Co ciekawe, mimo niefarbowania włosów, niekorzystania z solarium i nie kupowania nowej bluzki co tydzień udało mi się wyjść za mąż i to chyba nie najgorzej, choć może mało romantycznie, bo za kolegę z pracy.-)

  8. „Polacy za mało pracują” haha, to trochę jak w tym dowcipie: Dlaczego kobieta ma w domu tak dużo do roboty?Śpi w nocy to i się jej zbiera…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s