Wyważanie drzwi wykresem

I oto mamy dzień, w którym dziennikarze Rzeczpospolitej czytają raport demograficzny ze zrozumieniem. W pewnym sensie jest to święto, bo fakty przebiły się przez pancerz ideologicznych deklaracji, i wydały ładny owoc: poniższą tabelkę –

tabela_RP

Coś, co po drugiej stronie lasu było mówione od dawna, przebiło się do dyskursu prawicy – zależność między stabilnością ekonomiczną a dzietnością. Po prostu – kobiety mające zatrudnienie prawie dwukrotnie łatwiej podejmują decyzję o urodzeniu dzieci, ba, prawie dwukrotnie więcej tych dzieci mają.

Dlaczego wywlekam ten wykres? Bo obala ona kilka mitów jednocześnie, jednym kopem z półobrotu, i warto go zachować gdy znów te mity wypłyną:

Mit pierwszy:

Rozmnaża się zasadniczo bezrobotna hołota, pasożytująca na klasie pracującej, żerując na zasiłkach i becikowym. No więc, ziarenko prawdy jest takie, że owszem – nadwyżkowe, tj takie, na których wychowanie rodziny nie stać dzieci, pojawiają się tam, gdzie panuje i tak skrajna bieda i nędza, połączona z brakiem edukacji seksualnej oraz z brakiem antykoncepcji. (Tu rzut oka na lidera tabeli, ze wskaźnikiem dzietności ponad 7. Jakoś chyba nikt nie będzie zaciekle bronić tezy, że siódemka dzieci to efekt chcenia i planowania Nigeryjek, a nie – efekt tego, że tej siódemki nie miały jak uniknąć.) Natomiast tam, gdzie ciąża nie jest dopustem, karą i nieszczęściem, a zjawiskiem oczekiwanym, należy spodziewać się odwrotnej relacji.

Wniosek – jest argument za zdjęciem części stygmatu z bezrobotnych, których sytuacja i tak jest parszywa. Oraz za zmianą sposobu postrzegania rodzin wielodzietnych.

Mit drugi:

Kobiety nie rodzą dzieci, bo prą na karierę. W dawnych dobrych czasach kobieta siedziała w domu, strzegąc ogniska domowego i niańcząc rozkoszne dzieciątka, a mężczyzna wykazywał się dzielnością dostarczając niezbędne dla domu mamuty pieniądze. Godność macierzyństwa nie była szargana, a mężczyzna cieszył się należnym mu szacunkiem i posłuchem, i żyli długo i szczęśliwie.

Ziarno prawdy: owszem, przed pojawieniem się skutecznej antykoncepcji i kontroli płodności, ludzie mieli więcej dzieci. (Jako że były to czasy medycyny niewspółczesnej, więcej tych dzieci również umierało, zarówno na wady wrodzone jak i z powodu chorób nabytych, w tym również takich, które obecnie są zupełnie eradykowane  – no ale nie o tym mowa)

Wiadro kontry: na luksus kobiety niepracującej i udomowionej przy dzieciach mogły sobie pozwolić daleko nie wszystkie sfery. O ile mamy jakieś dokumenty (pamiętniki, listy, obrazy, dzieła sztuki) pokazujące, że szlachta, zamożne mieszczaństwo i arystokracja od renesansu mogła w ten sposób zarządzać życiem rodzinnym, to umyka nam fakt, że w całej reszcie społeczeństwa – czyli w jego większości! – wśród chłopstwa, drobnych rzemieślników i handlarzy – pracowali wszyscy, którzy nie byli całkiem unieruchomieni wiekiem lub niepełnosprawnością. (W dodatku warto dodać, że wyższe sfery masowo wysyłały swoje niemowlęta na wieś, do mamek, na wychowanie, obalając tym samym mit o czułej miłości macierzyńskiej jako czymś wdrukowanym nam biologicznie. Oraz pokazując, że związek między czułym macierzyństwem a domowym bytowaniem kobiety był dość luźny)

Wniosek: konserwatyści wszelkiej maści, rozdzierający szaty nad spadającą demografią i wieszczący rychłą zagładę narodu, jeśli Polki nie porzucą garsonek, szpilek, biurek, segregatorów, kas i lad, za którymi robią szalone kariery wbrew swojemu przeznaczeniu – ci konserwatyści powinni na chwilę przysiąść w skupieniu i przemyśleć wyniki raportu. Ich ideologiczny zapał w zaganianiu kobiet do garnków, pieluch i pralek nie powinien upośledzać zdolności rozumienia rzeczywistości, a fakty mówią za siebie: dopóki kobieta nie zostanie ubezwłasnowolniona i pozbawiona możliwości kontroli nad własnym ciałem, tak długo świadomie decydować się na dzieci będzie wtedy, gdy będzie mieć podstawy utrzymania dzieci. To znaczy pracę i własne dochody.

Co daję pod rozwagę różnym filozofom i teologom udzielającym w prasie porad na temat życia rodzinnego w świecie idealnie kulistych baniek mydlanych.

Mit trzeci:

Upadek obyczajów, konsumpcjonizm i moda na singli sprawia, że dzieci się nie rodzą. Bo to, panie, z Unii przyszła taka okropna moda.

Ziarno prawdy: dzieciatym jest trudniej, dziecko ogranicza możliwości konsumpcyjne rodziny i wymusza zupełnie inne strategie gospodarowania pieniędzmi.

W kontrze:

Unijne biuro statystyczne zbadało, jak na dzietność wpływa nie tylko wzrost produktu krajowego brutto, ale także wskaźnik konsumpcji (Actual Individual Consumption, AIC), poziom bezrobocia osób w wieku rozrodczym (15–49 lat) oraz poczucie niepewności w gospodarce (Consumers’ Confidence Index CCI).

W trzech ostatnich kategoriach zajmujemy pierwsze lub jedno z pierwszych miejsc w Europie. Na przykład poziom korelacji między wskaźnikiem bezrobocia a dzietnością w Polsce jest najwyższy. Innymi słowy, u nas pogarszająca się sytuacja zewnętrzna szczególnie negatywnie odbija się na decyzjach o niepowiększaniu rodziny.

Mody czy pożądania kreowane przez media i kulturę mogą wpływać w sprawach tak kluczowych jak posiadanie dziecka na znikomy odsetek ludzi. Moda może determinować inwestycję w niepraktyczne i niewygodne buty lub rozrzutnie kosztowny samochód (który w czasach kryzysu można ewentualnie ze stratą odsprzedać), ale nie spowoduje decyzji o ponadwudziestoletniej inwestycji, jaką są dzieci.

Wniosek: gromienie mody, stylu życia, pracy zawodowej i innych łatwych celów ideologicznej połajanki jest dużo łatwiejsze, niż dodanie do siebie statystyk i pokazanie, że nie da się jednocześnie biadać nad spadającą dzietnością i wyrzekać, że rodakom nie podobają się elastyczne formy zatrudnienia czyli umowy śmieciowe, obcinanie świadczeń i życie w zawieszeniu. Nie da się zarazem wywalać ludzi na samozatrudnienie/działalność gospodarczą i spodziewać się, że z braku pracy i perspektyw ochoczo zajmą się rozmnażaniem, a dziećmi zajmą się eksploatując w ogródkach podziemne żyły złota zapewne.

Pytanie, czy ustawodawcy i federacje pracodawców dostrzegą to, co dostrzegł już dziennikarz Rzeczpospolitej?

Przepraszam za wyważanie otwartych drzwi, ale okazja się szybko nie powtórzy, by móc polemizować z felietonistami „Rz” za pomocą artykułu z „Rz”.

 

(Edycja: przecinki i gramatyka)

Advertisements

15 thoughts on “Wyważanie drzwi wykresem

  1. pracowali wszyscy, którzy nie byli całkiem unieruchomieni wiekiem lub niepełnosprawnością

    Czyli wszyscy, bo ci ostatni nie żyli długo, już tam produktywna reszta o to po cichutku dbała. I co, dziwne?

  2. Pytanie, czy ustawodawcy i federacje pracodawców dostrzegą to, co dostrzegł już dziennikarz Rzeczpospolitej?

    Nie, i nigdy nie dostrzegą, gdyż (jak wszyscy dobrze wiemy) w XIX wieku nie było umów o pracę, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie w wielkiej, narodowo-wielodzietnej rodzinie, u stóp białych kolumienek białego dworku.

  3. Bardzo ciekawe wnioski, tylko nie zatrzymujmy się w pół drogi. Budżet państwa jest obciążony utrzymaniem co najmniej ośmiu oddzielnych systemów emerytalno-rentowych zbudowanych na określonych założeniach demograficznych. W związku z tym zwiększa obciążenie podatkami pośrednimi, w tym opodatkowanie pracy. Rosnący klin podatkowy zwiększa presję na ucieczkę w śmieciówki oraz szarą strefę (jedna z największych w UE), co jak wynika z powyższych statystyk jeszcze bardziej pogarsza wspomniane założenia demograficzne systemów emerytalnych.

  4. @Paweł Krawczyk

    Idąc dalej, w celu uniezależnienia systemu emerytalnego od założeń demograficznych, należy uniezależnić wypłatę świadczeń emerytalnych od uzyskania wpływów ze składek emerytalnych poprzez likwidację tych ostatnich.

  5. Można, przykładem jest stała emerytura państwowa finansowana w całości z podatków. Najwięcej kosztów własnych ZUS i reszty wynika właśnie z indywidualnego naliczania składek, które są na dodatek niemożliwie pogmatwane. Ale to science fiction, bo nawet po wprowadzeniu takiego systemu trzeba będzie utrzymywać dotychczasowy z uwagi na prawa nabyte.

    W związku z tym najbardziej prawdopodobny scenariusz to dalsze zwiększanie opodatkowania pracy, idące za tym pogarszanie stabilności zatrudnienia w sektorze prywatny i rosnącą presję na jego utrzymanie w sektorze publicznym. Za tym znowu będzie szło obciążenie budżetu i tak dalej. ZUS przewiduje największe obciążenie systemu w latach 2020-2050 i wtedy będzie płacz i zgrzytanie zębów.

  6. @Naima
    „(W dodatku warto dodać, że wyższe sfery masowo wysyłały swoje niemowlęta na wieś, do mamek, na wychowanie, obalając tym samym mit o czułej miłości macierzyńskiej jako czymś wdrukowanym nam biologicznie.”
    Ja nie mówię, że nie, ale te matki mogły mieć niewiele do powiedzenia (jak i we wszystkich sprawach wówczas).

  7. Niestety, Lewiatany mogą doskonale to rozumieć, tylko jaki mają interes w ograniczaniu wyzysku?
    Neoliberalne klasistowskie i mizoginiczne ugrupowania polityczne też nie sprzeciwią się swojemu elektoratowi, zwłaszcza umęczone struganiem protezy lewej nogi. Sorry jeśli odpowiadam na pytanie retoryczne.

  8. Z drugiej strony, mniejsza dzietność to mniej roboli w przyszłości, i jeszcze wstrętna roszczeniowa hołota będzie miała lepszą pozycję przy domaganiu się podwyżek i lepszych warunków pracy.
    No ale z drugiej strony neoliberałowie są skupieni jedynie na czubku swego nosa, więc raczej takiej dalekosiężnej perspektywy nie mają.

  9. Tak tylko położę: https://www.facebook.com/notes/kobiety-dla-narodu/wywiad-z-janem-cyraniakiem-autorem-cyraniak-parenting/212709208882847

    I trzy cytaty, na zachętę:
    „Polski rząd realizuje politykę antyrodzinną. Zakazano klapsów, chciano też zakazać „przemocy psychicznej”;
    „Ukuto slogan, iż „Polacy nie mają dzieci, bo ich na nie nie stać”. Prawda wygląda zupełnie inaczej: wśród moich dobrze ustawionych, miastowych znajomych dzietność wynosi około 0,32 dziecka na osobę, podczas gdy średnia w miastach to 0,65 – a średnia na wsi to 0,75″;
    „Rodziny wielodzietne powinny mieć specjalne przywileje w każdej dziedzinie życia, na przykład prawo do omijania wszelkich kolejek – czy to w urzędzie, w parku rozrywki, czy w supermarkecie – do tego prawo do jeżdżenia bus-pasami, czy też zarezerwowane miejsca parkingowe, na wzór miejsc dla niepełnosprawnych. Zdecydowanie opowiadam się też za dyskryminacją osób dobrowolnie bezdzietnych, rozpoczynając od obłożenia ich dodatkowym podatkiem, a kończąc na zlecaniu im obowiązkowych prac społecznych.”

  10. Pan Cyraniak zapomniał o kastracji. W końcu jak ktoś nie wykorzystuje powierzonych mu narzędzi^Wnarządów we właściwy sposób, to trzeba mu je odebrać.

  11. Don’t drink and post.
    Serio – onelinery bez związku z czymkolwiek poza strumieniem świadomości autora nie są tu mile widziane.

  12. Zaprawdę, Janie Cyraniaku, nawołuję was do opamiętania. Nauczcie się pić umiejętnie albo przestańcie pić w ogóle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s