Matki, feministki, alimenciary

Wiem, że to już zakrawa na masochizm, ale wracam do Szlendaka, z którego mądrości cieszyłam się kilka notek temu – gdy szanowny socjolog rozjeżdżał feministki źle odnoszące się do macierzyństwa:

– Choćby te wyrażone w pogardzie, z jaką traktowane są kobiety czerpiące przyjemność z poświęcania się dzieciom. Jedna z moich doktorantek bada kwestię kobiet, które określają się jako feministki, ale także postanowiły mieć dzieci i chcą czerpać przyjemność z macierzyństwa. Akademickie feministki traktują takie kobiety niczym zdrajczynie całego ruchu, bo one niby poddały się męskiej presji, zrezygnowały ze swoich ambicji, by urodzić dziecko. Niektóre odłamy feminizmu mają z macierzyństwem kłopot.

 

 Aha, tylko, że te wrogie macierzyństwu feministki nie istnieją:

Co ciekawe, nie-feministki, w szczególności te będące matkami, mają błędne poglądy na temat stereotypowej feministki, która w ich oglądzie jest osobą niezainteresowaną czasochłonnymi i pracochłonnymi praktykami przywiązania rodzicielskiego. Nie-feministki uznawały feministki za mniej zainteresowane przywiązaniem rodzicielskim, kiedy to w rzeczywistości feministkom było ono bliższe.

Liss i Erchull konkludują: „Nasze wyniki sugerują, że powszechnie występujący stereotyp mówiący, że feministki są przeciwne związkom romantycznym i rodzinnym jest nieprawdziwy. Nasze dane wskazują, że to w rzeczywistości feministkom są bliższe praktyki przywiązania rodzicielskiego*”.

 

Tak jakoś nieswojo mówić, ale czyżby doktorantka Szlendaka istniała tam, gdzie i inne źródła jego mądrości naukawych? Bo jakoś badania (fakt, że na niezbyt wstrząsająco licznej grupie, ale jak na badanie psychologiczne – znośnej) nie bardzo są skłonne zgadzać się doktorantką. Za to – o, jakie to zdumiewające! – zgadzają się ze stereotypem, jaki pokutuje na temat feministycznego macierzyństwa. Hm, hm. Smutne to okropnie, bo poza Schadenfreude ze złapania pana doktora z opadniętymi spodniami na wierutnym kłamstwie mam wrażenie, że z nauką uprawianą w ten sposób jak robi to Szlendak i jego magistranci/doktoranci – dobrze nie jest i raczej nie będzie.

 

A teraz znacznie mniej zabawna część notki. Prosiłabym o kliknięcie i przeczytanie tego  artykułu, świetnie napisanego przez Izę Desperak (ukłony dla Szproty, która propagowała). Naprawdę, poproszę o przeczytanie całości, bo tu będą tylko skromne komentarze do poważnej pracy Desperak, która przeanalizowała kolejne zmiany ustaw wokół Funduszu Alimentacyjnego.

Historia jest ponura, ale dobrze odzwierciedla zmiany, jakim podlegało nasze myślenie o słabszych członkach społeczeństwa na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat: od solidarnego zrzucania się na pomoc dla osób pozbawionych środków do życia do piętnowania i potępiania roszczeniowych nierobów. Widać tu doskonale, jak odchodzimy od myślenia o sobie jak o wspólnocie (ponowne podziękowania dla Szproty za mądre obserwacje) w kierunku wizji hordy i indywidualnej walki na zęby i pazury –  walki, w której słabsze osobniki mają sobie radzić same albo zginąć, bo ludzi sukcesu to nie musi obchodzić.

Historia zmian w Funduszu odzwierciedla to, jak zmieniło się myślenie ustawodawcy o samych alimentach. Fundusz pierwotnie wypłacał potrzebującym należne świadczenia nieściągalne w zwykłym trybie, zostawiając sobie późniejsze dochodzenie ich od dłużnika. Ustawodawca bowiem uważał wówczas, że potrzeby małoletnich są priorytetowe, a niewydolność bądź niefrasobliwość rodziców nie powinny powodować głodu lub niedostatku dzieci. Stąd Fundusz zakładał niejako za ojców należne dziecku pieniądze, a potem usiłował odzyskać je od ukrywających się rodziców z różną skutecznością. Zmiany w Funduszu brały się nie tylko z ogólnego debetu w budżecie państwa, ale i ze specyficznego przewartościowania podejścia do beneficjentów – uzależnienie wypłaty od sytuacji finansowej matki tam, gdzie dotąd decydowała zasądzona przez Sąd Rodzinny kwota alimentów była znamiennym objawem. „Państwo nie jest ojcem” – grzmiała Jolanta Banach, ale to zdradliwa teza, bo ojcem też nie jest samotna matka ani jej pracodawca, rodzina czy partner. Mówienie, że alimenty z Funduszu można przyciąć, gdy samotna matka przestaje żyć w nędzy dzięki znalezieniu lepszej pracy lub szczęśliwemu zamążpójściu, oznacza, że państwo (dotychczas będące pośrednikiem w wykonywaniu wyroku Sądu, przypomnijmy!) z góry zakłada, że to na samotnym rodzicu spoczywa ciężar utrzymania dziecka, a Fundusz będzie w ostateczności w minimalnym możliwym stopniu zapobiegać zgonom z głodu tych mniej zaradnych. Zamiast poprawić ściągalność należności od niewywiązujących się rodziców, ruszyła kampania oczerniająca roszczeniowe kobiety (a to nowość, prawda?) i wstrzymano wypłaty tym, które jakoś same utrzymują się na powierzchni.

Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że przecież to słuszne, że po co wypłacać z wychudzonego budżetu pieniądze tym, którzy sobie bez nich poradzili, przypomnę: alimenty to nie jałmużna ani darowizna – to zasądzone wyrokiem polskiego Sądu środki na utrzymanie dziecka. Fundusz wypłacał je w imieniu ojców niewypłacalnych (bezrobotnych, osadzonych w więzieniu etc) a potem od nich dochodził zwrotu kosztów. To nie były prezenty.

Komunikat płynący z tych zmian jest prosty: kobieto, radź sobie sama. Było nie zachodzić w ciążę z nieodpowiednim facetem, było nie rodzić dzieci. Zdumiewające, jak zbieżnie z polską ulicą, z Mikołejką, z forami internetowymi, mówi polski ustawodawca. Ten sam ustawodawca, który „szczególną opieką otacza małżeństwo, rodzinę i rodzicielstwo”, jak żartuje sobie Konstytucja. Ten sam ustawodawca, który surowo i pod sankcją więzienia zabrania aborcji z przyczyn społecznych i finansowych.

Kobiety w Polsce nie chcą rodzić dzieci, o czym trąbi co druga gazeta i praktycznie każdy portal internetowy. Kobiety w Polsce rodzą dzieci późno i niechętnie, przedkładając nad wczesne macierzyństwo dobrą (lub najlepszą dostępną w ich zasięgu) edukację i jakie – takie ustabilizowanie zawodowe (czyli stałą umowę o pracę, nie szalejmy z wyobrażeniami o mitycznej karierze). Robią to, bo zdają sobie sprawę, że od zajścia w ciążę staną się publicznym wrogiem numer jeden, nie znajdą zatrudnienia ani wsparcia, zostaną nazwane roszczeniowymi cwaniarami, a po urodzeniu będą musiały radzić sobie w dużej mierze same z wychowaniem dziecka, bo żłobki i przedszkola wyglądają na spotach wyborczych mniej efektownie niż stadiony. Kobiety w Polsce czytają prasę i są świadome, że jeśli ich wybór partnera i ojca dziecka okaże się niefortunny, zostaną same z obciążeniami wynikającymi z rodzicielstwa, a państwo będzie im pomagać dopiero, gdy znajdą się na granicy całkowitej nędzy.

Państwo samo nie chce, byśmy postrzegały je jako przyjazną i opiekuńczą wspólnotę. Państwo od nas żąda, ale nie podaje ręki, gdy staramy się sprostać jego żądaniom. Państwo oferuje nam frazesy o szczególnej opiece i trosce, ale obcina Fundusz Alimentacyjny i likwiduje żłobki. Państwo sponsoruje kampanie medialne i marsze prolajfersów, ale nie jest skłonne zauważyć, że dzieci narodzone w trudnych warunkach socjalnych potrzebują pieluch, kaszek i szczepionek bardziej, niż plakatów i kazań. Żądanie rozrodczości przy jednoczesnym wysłaniu samotnych rodziców do stygmatyzującej kolejki klientów opieki społecznej wydaje się drwiną. Zdziwienie niskim współczynnikiem dzietności w Polsce może pojawić się tylko u osób, które kompletnie nie potrafią widzieć więcej niż jednej statystyki naraz. Niestety, widzenie tunelowe nie sprawdza się przy planowaniu rodziny. Politykom od prorodzinności zaleca się szerszą perspektywę niż tylko walka z aborcją i feminizmem.

 

________________________________________________________________________

*[Dla tych, którzy dotąd omijali strony poświęcone rodzicielstwu i stylom wychowywania przyszłych pokoleń: tzw. „przywiązanie rodzicielskie” to styl wychowawczy oparty na podążaniu za dzieckiem, bardzo wymagający i zakładający, że to rodzic się dostosowuje do potrzeb dziecka, a nie na odwrót (mówimy tu o wychowaniu niemowląt a nie uleganiu terrorowi gimbazy!) – karmi na żądanie, nosi na rękach, koi, sypia z dzieckiem, długo karmi piersią etc.]

 

 

Reklamy

22 thoughts on “Matki, feministki, alimenciary

  1. W kwestii formalnej: ów potworek w postaci „przywiązania rodzicielskiego”, który wprowadził cytowany artykuł powinien się smażyć (w podgrzewaczu z pieluszką, bezterminowo). Chodzi tu oczywiście o tzw. rodzicielstwo bliskości/przywiązania (attachment parenting).

  2. @mkulczycki:
    Zgadza się, ale zostawiłam zgodnie z cytowanym artykułem, żeby już nie zaciemniać. Pozwoliłam sobie jedynie dodać od siebie cudzysłów do tego dziwnego tłumaczenia.

  3. Jaki doskonały/przerażakurwający streszcz polskiej polityki prorodzinnej.

  4. Z jednej strony całkowita racja, z drugiej muszę się odrobinę nie zgodzić. Mówisz o alimentach itd. Fajnie. Ale jeśli byś chciała być tak do końca sprawiedliwa powinnaś też zwrócić uwagę na niesprawiedliwość systemową jaka jest w sądach rodzinnych skierowana przeciwko mężczyznom. Jaką szanse ma facet na wygranie sprawy w sądzie rodzinnym? Jaką szanse, ma na alimenty? Na opiekę nad dzieckiem? To też się w tym temacie według mnie zawiera. System jest zły na wielu polach. Generuje samotne matki, bo ojciec praktycznie nie ma szans na zajęcie się dzieckiem, nawet jeśli matka pije i absolutnie nie będzie spełniała swoich matczynych obowiązków.

  5. Jasne jest, że beneficjenci tego systemu nie będą chcieli go zmieniać. Pytanie, kto tu jest beneficjentem – na pewno budżet państwa, no i panowie, którzy nie chcą łożyć na potomstwo. Na pewno nie rzeczone potomstwo. BTW, piszesz takie rzeczy, które boleśnie poszerzają moje horyzonty. To dobrze.

  6. @waltharius:
    Nie mieszajmy dwóch systemów walutowych.
    Po pierwsze: Fundusz Alimentacyjny wypłaca (w założeniu) samotnemu rodzicowi płci dowolnej aka opiekunowi prawnemu małoletniego zasądzone od drugiego rodzica alimenty w sytuacji, gdy nominalny płatnik alimentów bimba/siedzi w więzieniu/nie ma środków. Płeć rodzica tu nie ma nic do rzeczy, istotna jest wysokość zasądzonych alimentów oraz od jakiegoś czasu, poziom życia opiekuna prawnego.
    Po drugie: jak już chyba było w tutejszych komciach, mit ojców pozbawionych przez bezduszne sądy opieki nad dziećmi ma się słabo po skonfrontowaniu ze statystykami: otóż ojcowie ekstremalnie rzadko występują o opiekę nad dziećmi, a w sytuacji, gdy już wystąpią, akurat raczej ją dostaną niż nie. (Jak znajdę moment, poszukam i podlinkuję tę statystykę, obiecuję – ale OIDP jest w komentarzach pod notkami.) Problemem jest faktycznie istnienie i status RODKów, które diagnozują na podstawie zupełnie odjechanych kryteriów w sposób z jednej strony dość autonomiczny i pouważaniowy, a z drugiej – są na pozycji biegłego o niepodważalnym autorytecie. Raczej bym z punktu widzenia zatroskanych rodziców pomstowała na archaiczne i często niemerytoryczne kryteria diagnozowania i opiniowania przez RODKi niż niesprawiedliwość systemową sądów, która przy weryfikacji okazuje się dużo mniej straszna niż w legendzie.

  7. Hmmm to ja sobie też tych statystyk poszukam. Aczkolwiek jakoś nie znam stowarzyszeń zrzeszających matki, które straciły po rozwodzie dostęp do swoich dzieci, natomiast takie stowarzyszenie ojców funkcjonuje. Żadna matka też nie rzuciła się w sądzie z pięściami na sędziego, bo ta oddała dziecko kobiecie olewając totalnie ojca. Chyba też żadna matka nie powiesiła się w lesie z tego powodu, że ojciec dziecka, który wygrał sprawę w sądzie o opiekę, nie dopuszcza jej do widzenia z dzieckiem a sąd odrzucał jej skargi albo je olewał.

    Mówisz, że to dwie różne sprawy i po zastanowieniu się muszę przyznać Ci rację. Tak mi się te tematy połączyły ze sobą i nawet nie wiem już teraz dlaczego. A że kobietom źle na tym świecie to wcale w to nie wątpię. Siłowo jednak nic nie zmienią. Edukacja!

  8. Słaby troll, to powyżej.
    “tzw. “przywiązanie rodzicielskie” to styl wychowawczy oparty na podążaniu za dzieckiem, bardzo wymagający i zakładający, że to rodzic się dostosowuje do potrzeb dziecka, a nie na odwrót (mówimy tu o wychowaniu niemowląt a nie uleganiu terrorowi gimbazy!) – karmi na żądanie, nosi na rękach, koi, sypia z dzieckiem, długo karmi piersią etc.]”
    łojeżu, to to ma swoją nazwę? Myślałem, że to po prostu miłość i troska.

  9. @ waltharius – tylko proszę, nie ufaj ślepo statystykom, pokazującym, że (AFAIR) 94% dzieci po rozstaniu rodziców trafia do matek. Bo samo to to zapewne prawda, ale potrzebny jest jeszcze kontekst, który w sumie naima już zapewniła: ojcowie bardzo rzadko występują o przejęcie pieczy nad dzieckiem. A gdy występują, to szanse na to kształtują się raczej fifty-fifty.
    Owszem, sądownictwo rodzinne jest zdominowane przez panie sędzie, ale IMO nie oznacza to automatycznie dyskryminacji ojców przed tymi sądami.
    A stowarzyszeń ojców jest multum, przy tym wzorem polskiej prawicy częściowo są skonfliktowane, bo mają różne sposoby działania i różne cele. A że w stowarzyszeniach są akurat ci aktywni, ci, którzy chcieli przejąć opiekę lub (częściej) opiekę naprzemienną, to i są głośniejsi.

  10. @ waltharius
    Ale przecież to jest ciągle ta sama sprawa — sądy zasądzają miejsce zamieszkania dziecka z matką, bo ojcowie o to nie występują. Tak samo zresztą, jak migają się od innego aspektu przejęcia części odpowiedzialności za dziecko, czyli płacenia alimentów.

  11. @nosiwoda
    Kolejną nazwą na AP jest rodzicielstwo naturalne – bo w sumie takie właśnie jest. Oznacza nie tyle jakiś szczególny wysiłek i poświęcenie (jak opisała to wyżej @naima i co zresztą w wielu miejscach się pojawia) tylko raczej nieskrępowaną jakimiś zwyczajami, regułami, modami itp,. regulatorami reakcję na dziecko i jego potrzeby.
    Najkrócej chyba mówiąc to zachowanie, którym steruje imperatyw pt. “dziecko mnie potrzebuje, więc chcę być blisko”. Kropka. Do AP nie trzeba ani nosić w chuście, ani karmić piersią do 5 r.ż. ani spać do siódmego. To są akurat konkretne wybory rodziców/matek spełniające ten ogólniejszy postulat bliskości/więzi.
    Dlatego też AP nie powinno być odbierane jako “szkoła wychowania” – bo nią po prostu nie jest: nie ma kanonu, reguł i zasad, poza tą nadrzędną. I – paradoksalnie – dlatego też powinno cyhba być bliskie feminizmomi trzeciofalowemu ;)

  12. @naima
    W temacie sądów jest jednak pewna cyrkularność, Zakładając, że chciałbym się rozwieść z żoną W ŻYCIU nie wystąpiłbym o opiekę właśnie dlatego, że sądy orzekają jak orzekają. Po prostu aby wygrać musiałbym wytoczy najcięższe działa i zdyskredytować żonę jako rodzica kompletnie, co przede wszystkim uderzyłoby w dzieci. A jak to wygląda to akurat wiem z pierwszej ręki, jako pacjent (tj. dziecko, krewny i świadek) – nikt przy zdrowych zmysłach nie zafunduje tego własnym dzieciom jeśli może się rozsądnie dogadać z soon-to-be-ex..

  13. Doskonała boleśnie notka, ale w8, dyskryminacja ojców!!!111

    @waltharius
    Zacznijmy od pociągu z którego odjechał ten peron:
    ojciec praktycznie nie ma szans na zajęcie się dzieckiem, nawet jeśli matka pije i absolutnie nie będzie spełniała swoich matczynych obowiązków..

    Jest taka niedzielna audycja w Tok Fm pt. Dość Przemocy, polecam. Nie tak dawno był odcinek o alkoholizmie – wśród sprawców, jak i ofiar przemocy w rodzinie i utkwiła mi w pamięci wypowiedź lekarza z oddziału uzależnień. O reakcji sądów na wydawane przezeń zaświadczenia o leczeniu. W skrócie: jak mężczyzna się leczy to wzorowa postawa, a jak kobieta się leczy to dowód że pije i trzeba jej ograniczyć prawa.

    Pamiętasz może „sprawę Piotrusia” sprzed dwóch lat? Psychopata znęcający się nad rodziną występował w sądzie w roli de-facto biegłego, a matka musiała się obszernie tłumaczyć z prób ratowania własnego zdrowia psychicznego przed „profesorem J.”. Ta ostatnia sytuacja bynajmniej nie należy do rzadkości. AFAIK – proszę, niech mnie ktoś poprawi – dziecko jest wciąż z „tatusiem”. No ale jeszcze się kobieta nie powiesiła, więc – po walthariusowemu – nie dzieje się krzywda.

    Co do statystyk, to do formułowania odważnych wniosków typu dyskryminują białych, prześladują heteroseksualistów, mordują katolików etc. fajnie byłoby wiedzieć np.:
    1. Ile % ojców, a ile % matek było przed rozwodem głównymi opiekunami swoich dzieci.
    2. W jakim % rozwodów sąd ogranicza/odbiera któremuś z rodziców władzę rodzicielską.
    3. Jakiemu procentowi rodziców będących głównymi opiekunami swoich dzieci sąd ograniczył władzę rodzicielską – z podziałem na mężczyzn i kobiety.
    4. Jaki procent mężczyzn i kobiet niebędących głównymi (lub równorzędnymi) opiekunami swoich dzieci uzyskał władzę rodzicielską.
    5. Jaki wpływ na powodzenie starania się o władzę rodzicielską ma bycie sprawcą przemocy domowej – dla mężczyzn i dla kobiet.

    Napisałbym parę truizmów o śmiesznej korelacji pewnej cechy wrodzonej z wychowywaniem lub niewychowywaniem własnych dzieci, albo pospekulował o chęci i kompetencjach do wychowywania tychże wśród osób, które robią wszystko by ani grosza im nie dać, ale jest już późno i będzie tl;dr.

    PS. Przykładowy bohater walki o prawa ojców [TRIGGER WARNING]: izaikuba.pl

  14. @noname
    Jeśli mówimy o tym samym bohaterze sprzed dwóch lat, to miałem zaskakującą nieprzyjemność siedzieć trzy krzesła obok niego na jubileuszowej konferencji psychologii rozwojowej, która miała miejsce kilka tygodni po medialnych doniesieniach w Krakowie. Otoczony wianuszkiem PAŃ – znających sytuację, utytułowanych i nieszczędzących oklasków w przerwie na oddech – mówił o radzeniu sobie w sytuacjach trudnych przez dziecko, czy coś w podobie. Rzyg :/

    Warto zainteresować cichą, podskórna kampanią, którą toczy m.in. niejaki M. Wojewódka na rzecz wprowadzenia i uznania w Polsce tzw. syndromu alienacji rodzicielskiej (PAS – Parental Alienation Syndrom). Jeśli to przejdzie taki prof. J. i każdy inny odpowiednio śmigły i zasobny pan będzie mógł w sądzie zrobić wszystko, bo to typowy par. 22: jeśli dziecko zeznaje przeciwko rodzicowi, to znaczy, że zostało zmanipulowane przez drugiego, a wiec to drugie szkodzi, a więc należy mu odebrać. Żenujące naukowo i – w mojej przynajmniej ocenie – wymierzone centralnie w kobiety.

  15. Co do zasady wolałabym nie wyciągać globalnych wniosków z pojedynczych patologii, bo można dojść do osobliwości. Każdy ma jakoś na podorędziu krewnego/znajomego/kolegę znajomego po rozwodzie, który w jakiś sposób rozwiązał problem opieki nad dzieckiem/dziećmi, ale do opiniowania o systemie warto brać pod uwagę statystyki (a pojedyncze przypadki rozważać pod kątem: system zadziałał zdrowo vs patologicznie).
    Kwestia ojcostwa po rozwodzie to temat rzeka, ale jak słusznie zauważyła Noname (R) – jeśli ktoś nie był ojcem do rozwodu, to i nie zacznie nagle po wyroku nim być. Rozwody są z różnych powodów, rzadko błahych. Czasami również z powodu przemocy domowej (tu statystyka jest nieubłagana – miażdżąca większość sprawców przemocy domowej to mężczyźni) – ta grupa bezsprzecznie powinna zostać wyjęta ze sporu o przyznawanie opieki, nieprawdaż? W przypadkach mniej skrajnych, gdzie rozwód jest wypadkową wzajemnego zniechęcenia, niedogadania, oddalenia się lub znudzenia sobą rodziców, więzi z dziećmi mogą zostać nienaruszone i kwestią umowy między dorosłymi da się przed rozprawą ustalić pewne zasady. (Tu chciałam gorąco polecić instytucję mediacji, bo łatwiej pokłócić się i ustalić pewne rzeczy w cywilu a potem przedstawić gotowy, ustalony plan opieki niż stracić nerwy przed sądem.)
    Ta notka jednak skupiała się na czym innym: na sytuacji zupełnie samotnego rodzica, który usiłuje w imieniu dziecka otrzymać czy wyegzekwować przyznane wyrokiem sądu środki na życie. Skąd wzięło się zjawisko, że większość samotnych rodziców to kobiety, to osobne zagadnienie, i dlaczego tzw. general public uważa (uważa, bo bulwersuje się gdy widzi przypadek odwrotny), że kobieta po rozwodzie ma mieć dziecko, a mężczyzna koszty – tu by trzeba zatrudnić tęgich socjologów zapewne (błagam, nie Szlendaka).

  16. Politykom od prorodzinności zaleca się szerszą perspektywę niż tylko walka z aborcją i feminizmem.

    Podczas gdy to właśnie są politycy od walki z aborcją i feminizmem, to są politycy od patriarchatu i od mizoginii.
    „Prorodzinność” to wygodny kokonik pęczniejącego pasożyta memetycznego. Zupełnie jak „świętość życia”. Politykom od pro-life można zalecić promowanie antykoncepcji i edukacji seksualnej, bo przecież im chodzi o to, żeby nie ginęły zarodki. Tylko że wcale nie.

    PS. Zmieniłaś mi płeć :)

  17. @Noname: przepraszam za zmianę, z jakiegoś powodu dodedukowałam sobie, że jesteś kobietą. Prawdopodobnie umknęły mi właściwe końcówki fleksyjne, pardon.
    Ad meritum: to że u nas „prorodzinny” oznacza „z zygotomanią” to niestety prawda. W ogóle, fasadowość tej prorodzinności to temat na heeeej, jak długie pisanie.

  18. @ sądy, panie sędzie, rozwody

    Ja wiem, że nie podbieram się statystyką, tylko anec data, ale już dobre kilka lat w kancelarii, w której pracuję, zajmuję się rozwodami i w tym czasie:
    – tylko raz jeden rozwodzący się chciał, abym wnioskowała o przejęcie opieki nad dzieckiem. Sprawa była jednak bardzo podejrzana, bo zarówno matka, jak i ojciec zarzucali sobie nawzajem akty brutalnej przemocy, w tym bieganie z siekierą i grożenie bronią palną, a dziecko traktowali jako kartę przetargową w sporze,
    – poza tym jednym przypadkiem żaden z Panów rozwodników na moje sugestie związane ze wspólną opieką czy przejęciem pieczy nad dzieckiem nie był zainteresowany,
    – raz miałam przypadek, w którym ojciec walczył o to, aby dzieci się do niego przeprowadziły – specjalnie w tym celu przeprowadził się do większego mieszkania, wyremontował je i urządził pokój dziecinny.

    Z mojego doświadczenia wynika też, że żadna ze stron nie chce mediacji, mimo że zawsze staram się sugerować takie rozwiązanie gdy słyszę – „ale z żoną/mężem nie da się dogadać”.
    Przy dyskusji o przejmowaniu opieki i pozbawianiu praw rodzicielskich trzeba jeszcze pamiętać o stosunkowo niedawnej nowelizacji KRO zgodnie z którą sąd przyznaje rodzicom wspólną opiekę nad dziećmi tylko jeśli przedstawią wspólny plan wychowawczy, w którym określą zarówno gdzie dziecko będzie przebywać, jak często będą utrzymywane kontakty, wysokość alimentów itd. Jeśli takiego wspólnego planu wychowawczego nie spiszą, sąd zawsze przyzna władzę rodzicielską jednemu z rodziców, a drugiemu ograniczy do poszczególnych praw i obowiązków co do osoby dziecka. W noweli chodziło m.in. o to, aby rodzice znów nie wykorzystywali dziecka jako karty przetargowej w sporze między sobą i nie „blokowali” niektórych bieżących decyzji – zwłaszcza że część rodziców unikała kontaktu i brania na siebie odpowiedzialności.

    Co do feminizacji sądów – owszem, wydziały rodzinne są sfeminizowane, ale przecież to wcale nie musi działać na korzyść kobiet. W kilku przypadkach sędzie odnosiły się negatywnie do moich klientek, bo np. znalazły nowego partnera, czy też – o zgrozo! – to one były stroną zdradzającą. Zakładanie, że sfeminizowany sąd będzie zawsze sprzyjał kobiecie z racji tego, że jako sędzia zasiada kobieta właśnie jest potwornie stereotypowym myśleniem, w dodatku sugerującym, że kobieta nie jest w stanie wznieść się ponad swoją płeć i dokonać obiektywnej oceny. Rozumiem, że sędzia – mężczyzna byłby wzorem obiektywizmu, wyzbytym wszelkich uprzedzeń wobec płci rodziców.

    Jeszcze ad. alimentów – problemem jest nie tylko ich żałosna ściągalność (ach te potajemne układy z pracodawcą z zatrudnieniem na ułamek etatu! Ach, te straty w działalności gospodarczej!), ale również żałosna wysokość. Sumy, które sądy zasądzały w znanych mi przypadkach, są bardzo niskie, w ogóle nie mające pokrycia w realnych wydatkach na dziecko. W dodatku rzadko kiedy stosuje się przepis KRO mówiący o tym, że obowiązek alimentacyjny można spełniać również poprzez osobiste starania o utrzymanie i wychowanie dziecka, co przenosi w części bądź w całości obowiązek zapewnienia warstwy materialnej na drugiego rodzica. Tymczasem sądy często przyjmują hipotetyczny koszt utrzymania dziecka i dzielą go na pół, na oboje rodziców, bez względu na to z kim dziecko faktycznie zamieszkuje.

  19. Pingback: Polska nie zasługuje na matki | szprotest

  20. „ojcowie bardzo rzadko występują o przejęcie pieczy nad dzieckiem. A gdy występują, to szanse na to kształtują się raczej fifty-fifty.”

    Może rzadko występują, bo w powszechnej świadomości wszystkich jest już zakorzenione stanowisko, że lepszym opiekunem jest kobieta? Swoją drogą, jeśli częściej jest tak, że mężczyzna pracuje, a żona jest z dziećmi, to przecież po rozwodzie ex-mąż nie rzuci nagle pracy, by być z dziećmi, a ex-żona nie znajdzie pracy z dnia na dzień. Więc układ pozostaje taki sam… z tym, że inaczej. Ja to tak widzę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s