Rodzina idealna na przykładach krajowych

Zawodowcy w sprawach moralności seksualnej i wspomaganego rozrodu zabrali głos, rozstrzygając z pełną odpowiedzialnością za słowo wszelkie wątpliwości etyczne wokół in vitro. Powtarzać ani cytować nie warto, przecież zgodnie z niepodważalną nauką kościoła penis w waginie=dwaplusdobrze (sprawdzić, czy oba poświęcone w kościele, czy tylko cywilnie w USC). W ogóle, rzecznicy kościoła rzymskokatolickiego zintensyfikowali ostrzał medialny pociskami grubego kalibru wokół Rodziny, Która Jest Ostoją (różnych dobrych rzeczy, w domniemaniu).

Tu maleńki disclaimer nawiązujący lekko do poprzedniej notki. Ja sobie zdaję sprawę, że funkcjonariusze KRK tak naprawdę w swojej żarliwej obronie rodziny nie mają na myśli żadnej konkretnej rodziny, ba, nawet nie mówią o rodzinie statystycznej (poza jednym wyjątkiem, o którym będzie), oni w swoich perorach występują w obronie platońskiej idei, a nie konkretu. Obawiam się jednak, że biskupi i inni im podlegli działacze nie zdają sobie sprawy z tego, że bronią bytu abstrakcyjnego za pomocą innych abstrakcji (co w sumie ładne jest i kto im zabroni), oraz wybiórczo dobranych statystyk i faktów wyrwanych z mięsem z kontekstu. Bo gdyby sobie zdawali, to byłoby to bardzo niepięknie i niesportowo, bo w ramach obrony swojej abstrakcji potrafią dotkliwie i po nazwisku przyłożyć różnym bardzo konkretnym osobom. Tyle dygresji na metatemat, wracamy do uciśnionych.

Otóż biedna Rodzina nieustająco cierpi w Polsce, bo szkodzą jej straszliwie demonstracje nieurodzinnionych, antyrodzinnych a nawet – marsze tych, którzy rodziny założyć zgodnie z prawem nie mogą, ale strasznie by chcieli. Oprócz marszów i demonstracji, Rodzinie szkodzą feministki, ateiści i zwolennicy wolności praw reprodukcyjnych, jak też i przeciwnicy przemocy. Jakim cudem ta Rodzina jeszcze dycha, gdy jej tak wszyscy wbrew, to trudno zgadnąć, bo z grubsza ujmując – śmiertelnymi wrogami są wszyscy, którzy tylko przedkładają jakieś konkretne prawa (do zdrowia, wypoczynku, nietykalności cielesnej, niezależności sumienia) konkretnych członków rodziny (dzieci, kobiet, osób starszych, niepełnosprawnych, ojców po rozwodzie) ponad czczenie idealnego obrazu świętej i nietykalnej i wygłaszanie frazesów o jej nadrzędnej dobrotwórczej roli. Jedyne konkretne rodziny, które w oczach biskupów i zawodowych katolików znajdują uznanie, to rodziny wielodzietne, im bardziej wielo- tym lepiej. (Ma to o tyle sens, że w statystycznych polskich warunkach ekonomicznych rodzina z czworgiem i więcej dzieci raczej ma ograniczone środki na rozwój kariery zawodowej kobiety – kariery morderczej dla dobra Rodziny, jak wiemy!, oraz w mniejszym stopniu ulega materialistycznemu rozpasaniu i konsumpcjonizmowi, skupiając się na wartościach lepiej widzianych w kręgach parafialnych.)

Postanowiłam się zatem rozejrzeć i przedstawić czytelnikom stronniczo dobrane rodziny wielodzietne. Kryteria selekcji, jakimi się kierowałam: przestrzeganie kościelnego nauczania o rozmnażaniu, pardon: etyce seksualnej, czyli unikanie antykoncepcji, in vitro, aborcji, oraz konserwatywny model funkcjonowania (mężczyzna zarobkujący, kobieta udomowiona lub na podrzędnej zawodowo pozycji, podporządkowana mężowi). 

Czerniejewo

Łódź

Lubawa

Hipolitowo

Na tej skromnej próbce rodzin wielodzietnych (najmniej liczna składała się z siedmiu osób) możemy zobaczyć i przemyśleć, jakim zagrożeniem jest antykoncepcja, edukacja seksualna, dostępność refundowanych środków antykoncepcyjnych czy możliwość dokonania wczesnej legalnej aborcji. Jakby ktoś poczytał linkowane artykuły, zobaczyłby, że oprócz własnoręcznej eutanazji nadliczbowych dzieci rodzice stosowali przemoc, bicie i ograniczanie wolności. Przypominam, że wszelkie próby legislacyjnego ograniczenia wszechwładzy rodzicielskiej, w tym: bicia, upokarzania, ograniczania wolności i sumienia, są piorunowane z ambon jako zamach na niezawisłość rodziny, jej autonomię i dobrobyt dzieci. No rzeczywiście.

Oczywiście, trolling na bok. Nikt normalny nie będzie udowadniać niczego za pomocą próby składającej się z czterech egzemplarzy (owszem, zabawa wyszukiwarką pewnie dałaby mi jeszcze z kilkanaście mniej medialnych przypadków hurtowych dzieciobójców w rodzinach wielodzietnych, ale to nadal nie jest sensowny statystycznie dowód) – to są case studies, w których powtarza się jedno: bezradność ekonomiczna, zależność od głównego żywiciela, zastraszanie, przemoc i brak wiedzy, plus niestosowanie antykoncepcji (łódzki przypadek się nieco wyłamuje ze schematu) z przyczyn ideologicznych. Można to szyderczo przeformułować na kult męskiego opiekuna rodziny, konserwatywny i patriarchalny styl wychowania, otwartość na życie i ewangeliczne ubóstwo, ale ta notka nie będzie pojedynkiem na memy (no dobrze, nie cała). Ta notka jest o tym, że dyskurs obrońców rodziny oderwał się od ziemi i szybuje hen, w przestworza, w krainę platońskich idei i koncepcji, gdzieniegdzie tylko zrzucając małe bombki legislacyjne, oparte wyłącznie na radosnych wyobrażeniach jak ta rodzina idealna wygląda. Rodziny w Polsce borykają się wszelako nie z dramatycznie agresywną ofensywą feministek czy zwolenników legalizacji małżeństw nieheteroseksualnych, ani nie z fetorem gnijących w obejściu noworodków, tylko z prozaicznymi problemami finansowymi, logistycznymi i infrastrukturalnymi, o których nie będę się rozpisywać po raz kolejny zmieniając ewentualnie skalę i kwoty.

Chciałam zaprotestować przeciwko narastającej kampanii proreprodukcyjnej, płynącej z mównic, gazet i ambon. Panika demograficzna, której kościół z prawicą koniecznie chce zaradzić jak najszybciej i najgłupiej (litościwie pominę nazwisko jednego orła, który na twitterze chciał zdelegalizować wszystkie środki antykoncepcyjne na czas odrobienia strat w rozrodczości) podpiera się różnymi argumentami. Najłatwiej wyśmiewać oczywiście te wielkomocarstwowe, oparte na niejasnym dla mnie lęku przed katastrofą polegającą na zmniejszeniu się narodu. Przepraszam, ale naprawdę nie widzę w tym nieszczęścia, Polacy nie będą lepsi tylko dlatego, że będzie ich pięćdziesiąt milionów (przy obecnym tempie budownictwa mieszkaniowego zgaduję, że byliby w takim zagęszczeniu wręcz nie do zniesienia) ani gorsi dlatego, że będzie ich milionów dwadzieścia. Argumenty finansowe oparte na strukturze świadczeń społecznych – hm, cóż, z jednej strony jestem zwolenniczką solidarności społecznej i uczciwego dotrzymywania umów międzypokoleniowych, jednakże z drugiej od czasu czterech reform AWS słyszę obietnice o reformie systemu na wydajny w perspektywie połowy pokolenia. Uważam za niemoralne, iż państwo oczekuje że prywatnymi, wręcz biologicznymi i osobistymi zasobami naprawimy niewydolność aparatu państwowego, a zwłaszcza, że udaje że zupełnie o co innego prosi i że pięknymi słowami się zasłania. Jeśli zaś chodzi o wybitnie egoistyczny argument, jaki podsuwa się bezdzietnym, tzn rytualne pytanie  – a kto ci poda na starość szklankę wody? – chciałabym odpowiedzieć artykułem z Newsweeka.

Mit rodziny jako cudownego tworu, który z leniwych, głupich, agresywnych, prymitywnych bądź obojętnych ludzi chwilę po zaślubinach i chrzcinach jest zdolny stworzyć sielankowe środowisko sprzyjające wzrastaniu w dobrobycie dzieci i dorosłych jest potwornie głupi i strasznie niebezpieczny. Rodzina nie jest lepsza niż ludzie, którzy ją stworzyli. Samo urodzenie dziecka/donoszenie ciąży nie sprawia w nadprzyrodzony sposób, że wzrasta ilość dobra we wszechświecie. Dziecko trzeba wykarmić, ubrać, obuć, ukoić lęki, opowiedzieć tysiące bajek, odpowiedzieć na tysiące pytań, nalepić setki plasterków, przytulać, pocieszać, wspierać i wysłuchiwać. Dziecko, współmałżonek/partner, rodzic, chora i ogarnięta demencją ciotka czy dziadek z protezą stawu biodrowego to nie rozkoszne ilustracje z pisemka parafialnego, tylko często godziny ciężkiej pracy, niedospania, rezygnacji i frustracji. Na to trzeba być gotowym, wiedząc, jakie są plusy i jakie sa obciążenia. Jeśli wierzy się w magiczne zaklęcie Rodziny, która to Rodzina nie ma większego problemu niż demonstrujący w sukience Jaś Kapela, to czołowe zderzenie z rzeczywistością może okazać się druzgoczące. Rodzenie dzieci tylko po to, by poczuć dumę ze statystyk krajowej dzietności – do czego próbują namawiać biskupi i politycy – jest durne, krótkowzroczne i oderwane od jakichkolwiek realiów. Jeśli koniecznie chcą nasi celibatowi eksperci od rodziny i dzietności pomagać rodzinom polskim, niech zmierzą się z ich prawdziwymi problemami: biedą, wykluczeniem, niedostatkami edukacji, brakiem przedszkoli i żłobków, brakiem opieki geriatrycznej i paliatywnej, brakiem mieszkań i leków czy wreszcie w wersji ekstremalnej – przemocą, alkoholizmem czy gwałtami małżeńskimi. Bicie się z wiatrakami, aka bohaterskie zwalczanie własnych fantazji na temat grozy utajonej w sukience Jasia Kapeli, może być świetnym dowcipem w doborowym towarzystwie, ale ludzi zatyranych w bieżącym kieracie tzw. życia rodzinnego mało to śmieszy, bardziej wkurza.

Reklamy

8 thoughts on “Rodzina idealna na przykładach krajowych

  1. Chciałam ogłosić, że jestem wróżką.
    No dobrze, bez samozachwytu, nie jestem wróżką, to biskupi są przewidywalni jak pointy w polskich komediach romantycznych:
    Pluralizm poglądów i postaw ludzi tworzących nasze społeczeństwo jest faktem. Niemniej jednak, trzeba jasno stwierdzić, że wierność prawdzie obowiązuje wszystkich, również prawodawców. Prawdy nie ustala się przez głosowanie, dlatego nawet parlament nie jest powołany do tworzenia odrębnego porządku moralnego niż ten, który jest wpisany głęboko w serce człowieka, w jego sumienie – mówił kard. Stanisław Dziwisz, metropolita krakowski na centralnej procesji.
    Zdaniem kard. Dziwisza „z troską o zdrową rodzinę kłócą się próby wprowadzania do polskiego prawa legalizacji tak zwanych związków partnerskich czy homoseksualnych”.

    Tutaj źródełko, plus inne równie smakowite.

    Swoją drogą, jaką te chłopaki mają obsesję z legalizacją związków nieheteroseksualnych.

  2. Do grona wielodzietnych rodzin, którymi można się chwalić w statystykach dołączyła właśnie Łomża.
    Przyznam, że o tym przypadku nie wiem, co myśleć, bo nie jest to ani kwestia rozwiązywania brutalnie problemu z nadmierną ilością dzieci urodzonych, co rodzaj jakiejś patologicznej relacji. W dodatku nie dotyczył dzieci najmłodszych, „ponadplanowych”, tylko bliźniaków ze środka stawki.
    Mam tylko nadzieję, że kolejna medialna sensacja przyda się na coś – wywoła jakąś mądrą i owocną dyskusję o granicach tzw. władzy rodzicielskiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s