Superman w pelerynce prawnika

W czasach słusznie minionych niejaka Majka Jeżowska indoktrynowała polskich nieletnich śpiewając, że „wszystkie dzieci nasze są„. Mnie utkwiło w pamięci, to i pewnie Krzysztofowi Orszaghowi tak długo się pod czaszką tłukło, aż wytłukło.

Żarty żartami, ale w tej sprawie dzieją się rzeczy niepokojące, i to na wielu planach.

Po pierwsze, Orszagh, było nie było – prawnik, i to dość renomowany, firmujący Stowarzyszenie Przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej (stowarzyszenie, zaznaczmy, walczące o praworządność i przestrzeganie procedur!) – otwarcie zignorował prawo i stosowane w Polsce procedury. Z zakładki „o nas” Stowarzyszenia:

Misja
Celami Stowarzyszenia są: walka o podmiotowość ofiary; pomoc rodzinom, których najbliżsi zostali zamordowani; pomoc ofiarom przestępstw przeciwko zdrowiu i życiu; wpływanie na kształt przepisów prawnych.

Prowadzone działania
Organizacja liczy ponad dwustu członków. Współpracuje z policją i mediami. W działania organizacji zaangażowani są wolontariusze, którzy wspomagają ofiary przestępstw w codziennych czynnościach, tj. np. sprzątanie mieszkania po włamaniu, blokowanie skradzionych czeków, pomoc w przewożeniu osób i rzeczy w sytuacjach kryzysowych. Stowarzyszeniu udało się: doprowadzić do zdelegalizowania posiadania drewnianych pałek o kształcie kija baseballowego; powołać specjalne zespoły policyjne odpowiedzialne za przesłuchanie i pomoc kobietom zgwałconym; wprowadzić do procesu karnego instytucji przedstawiciela społecznego, który czuwa nad zapewnieniem ofierze prawidłowości postępowania wobec niej. Członkowie organizacji biorą udział w procesach sądowych jako przestawiciele społeczni.

To nie dla drwiny cytat. To dla pokazania, że Orszagh i jego współpracownicy znają w pełni procedury sądowe i prawne, potrafią poruszać się zarówno w przepisach, jak i w sądzie, umieją wpływać na kształt prawa stanowionego (doprowadzenie do delegalizacji pałek) jak i stworzenia nowych procedur w organach ścigania (powołanie specjalnych zespołów do przesłuchiwania ofiar przestępstwa). Po czym następuje osłupiająca deklaracja, że Orszagha interesuje duch prawa, a nie jego litera.

To kolejny prawnik, który wygłasza takie credo dla usprawiedliwienia własnego łamania przepisów. Przypomnę nieśmiało, że podobnie wyrażał się Jarosław Gowin, gdy jeszcze łaskawie ministrował sprawiedliwością w Polsce. Pomijam chwilowo nasuwające się wątpliwości, czy duch i litera prawa stoją w tak zapiekłej opozycji i tak intensywnie się sobie przeciwstawiają, że nie da się być w zgodzie z obiema naraz bez naruszania przepisów lub popełniania straszliwych błędów, bo notka zrobiłaby się komentarzem do kodeksów. Skupię się na tym, co przebija z tej deklaracji za każdym razem: poczucie, że prawo jest jakimś tworem podlegającym wielopoziomowemu zrozumieniu – dla gawiedzi są przepisy, czyli litera do zastosowania bezpośredniego, bez prób interpretacji czy naciągania; zaś dla oświeconych i biegłych w piśmie jest DUCH prawa, mistyczny i metafizyczny rdzeń, którego nie da się wyrazić banalną matematyką kodeksów, ale który daje się wtajemniczonym zgłębić i zinterpretować. Oczywiście, to zrozumienie Istoty Rzeczy Prawa przewyższa nieskończenie proste aplikowanie przepisów i pozwala je wyniośle ominąć:

Krzysztof Orszagh: Nikogo nie zabiłem, nie zgwałciłem, nie okradłem, nie przyjąłem żadnych korzyści majątkowych. Więc – tak, mam czyste sumienie. Moralnie i etycznie.

Jednak łamał pan prawo.

– Zawsze postępowałem w zgodzie z prawem naturalnym i moją własną etyką.

Słyszymy tu argument z własnego sumienia i z prawa naturalnego – co dotąd raczej pojawiało się w prawicowej i kościelnej erystyce, gdy kaznodziejom kończyły się dowody merytoryczne na poparcie osobistych i estetycznych idiosynkrazji w sprawach obyczajowych. Obawiam się, że tu również jest to odwołanie do „bo tak powinno być”, a nie czegokolwiek dyskutowalnego czy egzekwowalnego w świecie prawnym. Co zresztą znacząco podkreśla fraza zgodnie z moją własną etyką: zdumiewa, że prawnik nie czuje niebezpieczeństwa czającego się w tym argumencie – wszak i największy ideologiczny zbrodniarz miał swoją własną etykę, i jako społeczeństwa się raczej takich etycznych indywidualności obawiamy, słusznie czując jak widać, że ten indywidualizm może mocno kolidować z prawem formalnym jak i bezpieczeństwem postronnych.

Zupełnie groteskowo brzmi porównanie handelku adopcyjnego z działalnością opozycyjną Orszagha:
 

– Kiedy w 1980 r. rzucałem kamieniami w ZOMO, też podejmowałem decyzje zgodnie z moją etyką. Gdybyśmy wtedy je szanowali, żylibyśmy wszyscy teraz w realnym socjalizmie. Pan mówi o literze prawa, ja o jego duchu. Ustawa jest zła.

Ponieważ branie forsy za złamanie przepisów kodeksu rodzinnego jest zupełnie tym samym, co branie udziału w demonstracji.

Po chwili namysłu dopada mnie przerażająca refleksja, że dla wielu tak właśnie jest i być może w latach osiemdziesiątych dla Orszagha właśnie tak było: opór wobec władzy nie wynikał z wyczerpania ścieżki procesowej (praktycznie nieistniejącej, przyznajmy) i legalnej, a z rozkoszy kowbojowania i pogwizdywania szlagieru Kanta pod młodym wąsem (tego szlagieru o niebie gwiaździstym).
 
Żeby nie było, że same szyderstwa i tautologie uprawiam, podsumuję dotychczasowe zarzuty: źle jest, gdy ktoś łamie prawo. Gdy łamie prawo prawnik, jest to bardzo źle. Gdy łamie prawo prawnik szefujący fundacji wołającej o praworządność, rzecz jest przerażająca totalnie. Również dlatego, że jest to kolejna katastrofa NGOsów, jaka przewala się przez media w ostatnich miesiącach – od złodziejstw Śpiewaka, przez haniebne funkcjonowanie Maciusia (zarówno jeśli chodzi o metodologię badań jak i o finanse fundacji), teraz zaś kompletna porażka wiarygodności Stowarzyszenia im. Jolanty Brzozowskiej. Potencjał zaufania do organizacji społecznych mamy bardzo nędzny w Polsce, a teraz, rękami prawnika, dodatkowo obniżony. I to zarówno po stronie obywateli, którzy widzą, że szef praworządnej de nomine fundacji robił szwindle, jak i po stronie państwa, które nie bardzo będzie mogło poważnie traktować udział członków Stowarzyszenia jako współtwórców prawa czy głosy doradcze przy ustalaniu procedur. Gdyż, niestety, Orszagh.
 
Żeby nie było, że tyle akapitów natłukłam, a w ogóle nie zajęłam się najważniejszym, czyli dziećmi. Vox populi w komentarzach krzyczy, że Orszagh dobrze zrobił, bo uratował dzieci z patologii (niestety dla wywodów, dobrze dla prywatności dzieci, Wyborcza nie podaje żadnych konkretów odnośnie tej patologii, więc możemy gdybać, czy chodzi o skrajną nędzę, uzależnienia czy tylko o niechęć do posiadania i wychowywania biologicznego dziecka). Orszagh broni się, że efektywnie dobierał rodziny adopcyjne i używa przy tym argumentu, od którego naprawdę świerzbią mnie ręce:
 

Jeden z głównych zarzutów podnoszony przeciw panu: rodziny nie przechodziły takiej weryfikacji jak w ośrodkach adopcyjnych. Wysyłał pan dzieci do przypadkowych ludzi?

– Rodziny przechodziły moją osobistą weryfikację. A moje procedury były bardziej konkretne i dokładniejsze niż te stosowane w ośrodkach.

Jak mam to rozumieć?

– Sprawdzałem, czym zajmują się ludzie, do których kierowałem dzieci. Czy mają stabilną sytuację finansową, czy potrafią zapewnić dziecku odpowiednie warunki i wreszcie, dlaczego tak zależy im na dziecku. Zapewniam, że nie były to osoby z przypadku.

I taka chałupnicza weryfikacja wystarczała?

– Na pewno była lepsza niż ta stosowana w ośrodkach. Żadne z dzieci nie trafiło do rodziny, w której by je zabito.

No więc Orszagh nie tylko rozumie prawo lepiej niż byle sąd rodzinny, ale jednoosobowo lepiej weryfikuje potencjalnych rodziców niż sądy, ośrodki adopcyjne i gromada prawników, psychologów i pracowników społecznych. Jego intuicja jest wyśmienita i niezawodna, a jak widać kryterium trafności przyjął niewygórowane: wystarcza mu, że jak na razie, żadne z przekazanych dzięki jego rajfurzeniu dzieci nie zostało zabite. (Pominę skalę adopcji legalnych kontra panaorszaghowych i litościwie nie powiem – poczekamy, zobaczymy, bo przecież nie chodzi o to, by tym pechowym dzieciom faktycznie coś gorszego od obecnego cyrku z tożsamością się stało.)
 
W innym akapicie Orszagh się miota w kwestii finansów: przyznaje, że dostał kilkadziesiąt tysięcy, ale twierdzi, że to samo pokrycie kosztów, a on działał altruistycznie. Nie wiem, czy to procesowo mu poprawi sytuację, że handlował dziećmi za bóg zapłać, bo istoty rzeczy to za bardzo nie zmienia.
 
Pytania są teraz dwa: czy nie można było skutecznie i legalnie dokonywać dotąd adopcji w sposób pozwalający dziecku ominąć wegetowanie w Domu Małego Dziecka i oczekiwanie na decyzje powolnych młynów sprawiedliwości; oraz co będzie z dziećmi.
Odpowiadając na pierwsze pytanie – można było. Istnieje w prawie polskim (nieco nieformalnie, bo nie skodyfikowana, ale zupełnie legalna) instytucja adopcji ze wskazaniem, gdy matka biologiczna zrzeka się praw do dziecka przy porodzie, jednocześnie zawiadamiając, komu chce je przekazać. Rodzice adopcyjni składają oświadczenie w tej sprawie do sądu rodzinnego łącznie z deklaracją matki – która ma sześć tygodni na zmianę zdania. Dziecko natomiast w przypadku braku formalnych problemów może oczekiwać w domu rodziców adopcyjnych na zatwierdzenie procedury przez sąd. Jeśli zabrać się do pracy stosownie wcześniej, dopracować dokumenty potrzebne do operacji, nie potrzeba pośrednictwa pana Orszagha i przelewów na tysiące i dziesiątki tysięcy.
Powiem więcej. Orszagh to nie tylko prawnik i szef fundacji. Był kiedyś doradcą Andrzeja Czumy, ministra sprawiedliwości. Jeśli widział potrzebę korekty prawa adopcyjnego, kodeksu rodzinnego i przepisów dotyczących opieki rodzicielskiej, to krótszej drogi nikt nie miał. Mógł wnosić projekty obywatelskie przez Stowarzyszenie, mógł przez ministra. Wybrał drogę na skróty, przez rozczarowanie państwem czy przez zarozumiałość i poczucie omnikompetencji.
Co będzie z dziećmi? Nie wiadomo. Sąd rodzinny będzie mógł uznać, że zostawi je gdzie są, bo lepiej, by zatwierdzić istniejący stan prawny i nie przerzucać ich ponownie między instytucjami – lub zabrać je z rodzin adopcyjnych z powodu nielegalnego przysposobienia. I to również będzie wina Orszagha. Skomplikowanie losów tych dzieci, zagmatwanie ich sytuacji prawnej będzie wówczas konsekwencją jego buty i postawienia się ponad prawem. Orszagh postawił na swoje kompetencje moralne i osąd etyczny, niestety, postawił nieswoje żetony – zagrał życiem dzieci adoptowanych.
 
Ostatni obrzydliwy argument Orszagha brzmi, że uratował te dzieci (serio, on ma jakiś kompleks superbohatera) od wyrzucenia na śmietnik. Facet, który twierdzi, że rozumie prawo lepiej niż kodeks, ocenia ludzi lepiej niż psycholog i sąd, umie również zobaczyć alternatywne wersje historii. Naprawdę bardzo żałuję, że ta historia jest dużo poważniejsza i tragiczniejsza w skutkach niż blogaskowa szydera z faceta z urojeniami wielkości.
 
Skoro wpis i tak się rozrósł zupełnie nieznośnie, dywagacje na temat dzieciobójstw w kontekście niewydolnych procedur adopcji pozwolę sobie przenieść chwilowo do repozytorium tematów na później, żeby nie produkować całkiem niedających się znieść tl;dr’ów.
 
__________________
Edycja 15 maja 2013 – pozwalam sobie zalinkować felieton na ten sam temat, zamieszczony w Studiu Opinii. Szerzej niż tu i z ciekawymi argumentami.
Reklamy

20 thoughts on “Superman w pelerynce prawnika

  1. Gowin nie jest prawnikiem i dlatego w jego przypadku dywagacje o wyższości ducha nad literą mimo wszystko nie są tak kompromitujące. Ot, laik palnął coś, czego do końca nie rozumiał. Orszagh musiał jednak zapoznać się z głębszymi refleksjami na ten temat.

  2. Nie popieram takich działan, ale chciałam napisać coś trochę dotyczącego poruszonych przez ciebie kwestii: co jak co, ale z moich doświadczeń wynika, że przekonanie, że ocenianie ludzi przez sądy i psychologów (w tym psychologów sądowych) jest oparte na jakichkolwiek racjonalnych przesłankach, nie zawsze jest uzasadnione. Co prawda nie mam doświadczenia z procesami adopcyjnymi, ale niestety mając świadomość jak działają polskie sądy i biegli sądowi, nie powiedziałabym, że to ma cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością…

  3. @Julia
    Zgadzam się, pani kierowniczko, zupełna racja, sądy, a zwłaszcza (po)biegli są w tym kraju jak ten Miś – na miarę naszych możliwości. Ot, ostatnio (po)biegli doszli do wniosku, że upalony maryśką psychol za kierownicą nie jest winny rozjechania trzech rowerzystów, bo co oni w ogóle na drodze robili, więc sami sobie winni (mniej więcej tak samo jak dziewczyna w mini w ciemnej uliczce sama winna jest tego, że ją ktoś zgwałcił).

    Jednak ja wciąż uważam, że durne prawo lecz prawo. W kraju, w którym kodeks karny, a zwłaszcza kodeksy mniej doniosłe są traktowane nie jako reguła, ale jedynie jako luźna sugestia, a najkrótsza definicja przestępcy to „człowiek nie dość cwany by nie dać się złapać”, odczuwam głęboką potrzebę trzymania się reguł i wymuszania na otoczeniu (na miarę moich skromnych możliwości) by też się tych reguł trzymali. A kiedy prawnik, walczący o „praworządność” (najwyraźniej taką samą jak „prawo” i „sprawiedliwość” w programie jednej partii) mówi, że ma czyste sumienie i w ogóle to on jest święty, a państwo be że go prześladuje, to mi wszystko opada.

    Tak na marginesie, ciekawe jak szybko pana prawnika zaadoptuje wspomniana partia i czy odbędzie się to z pominięciem litery prawa, ale całkiem zgodnie z duchem (świętym amen)?

  4. Zaraz zaraz – gdzie w 1980 rzucano kamieniami w ZOMO?
    Ojciec Andrzeja Wajdy zginął w Katyniu, Zuzanna Kurtyka działała w opozycji, teraz ten bił ZOMO juz w 1980 Ludzie, ludzie, djacie sobie na wstrzymanie…

  5. @ja wciąż uważam, że durne prawo lecz prawo
    To chyba jeszcze gorsze od Orszagha. Jakby się dało podsumować wszystkie podłe skutki jakości legislacji i jakości pracy sądów, to może by wyszło, że nieposłuszeństwo wobec tego ‚czegoś’ wcale nie zasługuje na noty gorsze od nieposłuszeństwa wobec ZOMO.

  6. @Globalny Śmietnik:
    Mamy najmłodszych na świecie kombatantów.
    Przy okazji – przepraszam za spamołap, zwariował i przytrzymał twojego komcia, dopiero go wykopałam.

  7. Mnie zastanawia, skąd on brał te dzieci do adopcji. I czytając wypowiedzi pana Orszagha, Ostatniego Sprawiedliwego i Wielkiego Znawcy Ludzi i Świata boję się, że mógł nakłaniać matki z potencjalnymi problemami, ze środowisk dysfunkcyjnych do zrzeczenia się dziecka, dając im jednak jakąś kasę. Czyli handel ludźmi, nawet jeśli on sam nie zarabiał.

  8. @Hellk
    Spróbuj podsumować, zobaczymy.
    Głupie prawo trzeba zmieniać, nie olewać i uprawiać „obywatelskie nieposłuszeństwo”, zwłaszcza takie, za które nic nie grozi. Efektem takiej postawy jest dalsze trwanie głupich przepisów, bo przecież działa i nikt nie marudzi.

  9. @Jiima Arunsone:
    ten wątek przewinął się już na G+, ale streszczę swoje stanowisko tu, bo wiem, że nie gieplusujesz już.
    Otóż NO (nieposłuszeństwo obywatelskie) jest bronią ostateczną, po wyczerpaniu ścieżki legalnej. Skądinąd wiemy, że Orszagh nie wyczerpał ścieżki, on zaczął od kowbojowania.
    NO jest bronią radykalną ale obosieczną – nieposłuszny łamie prawo świadomie i publicznie, demonstracyjnie, by wykazać jego błędność lub szkodliwość; i poddając się karze i uznając ją za zasłużoną z punktu widzenia kodeksu, choć niesłuszną moralnie. Orszagh nie łamał prawa publicznie, robił to ukradkiem.

    Nieposłuszny ryzykuje swoim dobrem, a nie czyimś, popełniając NO. Nie trzeba komentować.
    I po ostatnie – NO jest popełniane z pobudek ideologicznych, a nie dla łyknięcia kilkudziesięciu kilozłotych.

  10. Fantastyczna notka, jak zawsze zresztą.
    Przeraził mnie ten Pan – swoją arogancją, butnością, przeświadczeniem, że on wie lepiej. Pogardą dla ludzi i dla kobiet, które gościł u siebie w trakcie ciąży (serio, mówi o nich jako o patologicznych, a jednocześnie one mieszkały u niego… Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak je traktował). I tym przeświadczeniem, że najważniejsze to mieć bogatych, wykształconych rodziców. Wiara we własne kompetencje z dziedziny oceny psychologicznej też zatrważająca. W ogóle każde zdanie, które on z siebie wydobył przerażało mnie.
    Pracując jako prawniczka od trochę ponad 5 lat pomogłam rodzicom w procesie adopcyjnym 4 razy. Za każdym razem się udało, choć oczywiście procedury są nieludzkie, czas jaki się wyznacza między kolejnymi rozprawami też całkowicie z kosmosu. Niektórzy ze ściany państwo-urząd się starają, inni mniej. To wymaga zmian, ale naprawdę proces ten nie jest aż tak tragiczny, aby wymagał sięgania po takie środki. Ciekawe co to za cudowni rodzice przyjęli do siebie te dzieci, że postanowili obrać taką cudowną drogę na skróty.

  11. @olewać i uprawiać “obywatelskie nieposłuszeństwo”, zwłaszcza takie, za które nic nie grozi.
    – gazeta pisze, że grozi mu 5 lat. Nie wykluczam, że to nieprawda, ale prawdopodobnie masz jakieś źródło?
    @Otóż NO (nieposłuszeństwo obywatelskie) jest bronią ostateczną, po wyczerpaniu ścieżki legalnej.
    – ale serio? Jeden i ten sam niesprawiedliwy przepis i każdy chcący skorzystać z NO musi najpierw bezskutecznie wypruwać sobie przez parę lat flaki po sądach? Syzyfiada.
    @Orszagh nie łamał prawa publicznie, robił to ukradkiem.
    – tu i co do kasy zgoda – jednak z tych samych powodów można tępić podziemie aborcyjne.
    @gierdalińska
    – albo ‘nieludzkie’, albo ‘nie jest aż tak tragicznie’ – zdecyduj się. Mnie w kontekście adopcji wystarcza ‘czas między rozprawami jest całkowicie z kosmosu’.
    @All.
    – żeby było jasne, też mi się to do końca nie podoba, nie podoba mi się sposób, w jaki gość się broni – nawet bym powiedział że szkodzi szczytnej idei praworządności, ale po sprawie sędzi Rynkowskiej, a nawet przy Śpiewaku – cały ten Orszagh naprawdę blado wypada. Zresztą w najbliższej rodzinie mam historyjkę adopcyjną, która jeży włos na głowie, choć do tych wałkowanych w mediach jej naprawdę daleko (dziecko przez pierwszy rok życia w rodzinie zastępczej po prostu leżało samo w osobnym pokoju, wykonywano na nim tylko przewijanie i karmienie) – a ten facet naprawdę, hm, na aż taką filipikę nie zasłużył.
    Co nie zmienia, że od dobrej chwili i nadal – niniejszy jest dla mnie blogiem numer jeden. Autorka ma taki dar przystępnego języka, że mogłaby nawet Komudę na ludzki przetłumaczyć. Szacunek.

  12. @hellk:
    1) NO po wyczerpaniu ścieżki prawnej – tak, bo inaczej to kowbojada dla popisu a nie demonstracja. Gammon na G+ powiedział ładnie, że popełniający NO nadstawia otwarcie tyłek pod bat (w dorozumieniu – bat przepisów), żeby zademonstrować coś na temat tych przepisów działania. Does not apply w tym przypadku.
    – ad podziemie aborcyjne: toteż nikt z podziemia aborcyjnego nie powołuje się na NO, bo zgodnie z regułami musiałby od razu wkopać swoje pacjentki
    – anegdoty o adopcjach: prawdopodobnie jest dużo strasznych. Jak w każdej sytuacji zderzenia osobistego dramatu z procedurą i dużą ilością instytucji, rośnie ryzyko zaniedbań i rozmycia odpowiedzialności. Nadal jest to argument za usprawnieniem/zmianą/przemyśleniem na nowo procedur a nie prywatyzacją na dziko adopcji.
    – komplementy – bardzo dziękuję. Koncepcja, że miałabym przepisywać na polski Komudę nieco mnie osłupiła, musiałabym się nad tym długo zastanawiać. A potem uprzejmie odmówić.

  13. @hellk
    To co powiedziała przedpiśczyni – nieposłuszeństwo odstawia się jako głównie akt desperacji, często na pokaz (nie w sensie by zabłysnąć, tylko w sensie, by pokazać jak źle jest), a nie po to by po kryjomu sobie załatwić parę tysiaków, zwłaszcza jak wcześniej się walczyło o praworządność.

    Nie mówię, że nic mu TERAZ nie grozi i tekst o „niegrożeniu” nie był dokładnie o tym panu, raczej o stertach innych przepisów, które są w Polsze notorycznie łamane i nikt nikogo za to nie ściga, choć mógłby. Zaczynając od obowiązku meldunkowego, kończąc niestety na sławetnym „kompromisie aborcyjnym”.

    Co do tematu owych aborcji, to nie nazwałobym „przywracania miesiączki” nieposłuszeństwem obywatelskim, ba, spiskowa teoria dziejów każe zakładać, że obecny „kompromis” jest mocno na rękę panom „przywracaczom”.

  14. Nadstawianie tyłka to szlachetny koncept, ale z drugiej strony też tragedia ludzka, zwłaszcza w tym kontekście. I jakoś tak z polska martyrologicznie zalatuje, słowem – unikałbym nadstawiania kiedy tylko się da, nawet za cenę w/w odpłatności, zwłaszcza kiedy produkt (idący w świat mesydż o ekstremalnej niewydolności czegośtam) ma zbliżoną skuteczność. I nie znikajmy, że w tej konkretnej kwestii – jak bardzo nie nadstawia się własnego tyłka, to i tak przy okazji przynajmniej częściowo nadstawi się cudzy, tj. dziecka. I to nawet nie wchodząc w temat tyłków wypiętych potencjalnie (mój nr 1 jest rodzony, przy drugim zastanawiałem się nad adopcją, jednak procedury mnie zatkały na dość wstępnym etapie, planować życie rodzinie pod potencjalne dyktando jakichś debili po prostu nie byłem w stanie).
    Nie chcę się jakoś specjalnie wykłócać, po prostu skutków złego prawa bywa – często niewidoczny – ogrom – a tu jednak nikt nikomu krzywdy nie wyrządził.

  15. No więc się nie zgodzę, że nie wyrządził – te dzieci, do których przekazywania się Orszagh przyznał, z powrotem trafią do systemu, a ich papiery będą dodatkowo zaplątane. Nie mówiąc o oddechu mediów na plecach i nad wózkami.
    Oraz: tak, NO jest w założeniu aktem heroicznym, a nie bumelką czy kozakowaniem dla frajdy. Ma być poświęceniem ważnych wartości (np. wolności, niekaralności) w imię jeszcze ważniejszych (uświadomienia opinii publicznej istotnego problemu, zawiadomienia świata o zbrodniach reżimu etc). Nic tu się nie zgadza.
    Dlatego Nieposłuszny Obywatel ma moralne prawo ryzykować/dawać w zastaw tylko swoje dobra.
    Dlatego uważam, że Orszagh nie ma prawa przypisywać sobie działań z kategorii NO, zrobił wałek, zgarnął kasę, miał nadzieję, że się nie wyda, jak się sprawa rypła, próbuje do niej dorobić ambitną fabułę.

  16. @z powrotem trafią do systemu, a ich papiery będą dodatkowo zaplątane
    – prawda, ciężko zaprzeczyć.
    @aktem heroicznym, a nie bumelką
    – tu się chyba nie zgadzamy, dla mnie ważny jest efekt. Zdarzało mi się ‚pogonić złodzieja’, koszty samej sprawy (nazwane po imieniu moim zarobkiem) ponosił, przynajmniej na wstępie i częściowo, poszkodowany i naprawdę nie widzę różnicy. Nie wiem dlaczego przy NO miałoby być inaczej. A frajda często chroni przed bumelką. Sam heroizm też może generować coś na kształt frajdy, ale nie zawsze i nie każdemu.
    @zrobił wałek, zgarnął kasę, miał nadzieję, że się nie wyda, jak się sprawa rypła, próbuje do niej dorobić ambitną fabułę
    – tylko on wie, co i kiedy mu przyświecało. W tym aspekcie system jest mocno złowieszczy, jestem w stanie jakoś tak z difoltu przyznać szerszy wachlarz środków w celu jego zwalczania. Wygląda to rzeczywiście nieszczególnie, ale w większości spraw ‚pro bono’ walczący w cudzej sprawie ma z tego jakieś intraty, w tym ciągnięte od poszkodowanych, i jakoś mieści mi się to w granicach przyzwoitości (patrz wyżej).

  17. Danielu, przepraszam za spamołapa, jest bardzo nieufny wobec krótkich komci z linkami, postaram się go zdyscyplinować.
    A link w rzeczy samej doskonały i wspaniale obrazuje sedno sporu. Dzięki za podrzucenie!

  18. Zapodaną sytuację jakiemuś potencjalnemu odpowiednikowi Orszagha byłoby raczej ciężko zmonetyzować, nie wiem też czy dla odmowy lustracji jest jakaś ścieżka procesowa do wcześniejszego wyczerpania, w ogóle powyższe wygląda mi jakoś bardziej rekreacyjnie i teoretycznie niż to, co dzieje się w sprawach aborcyjnych, nie wikła się z definicji postronnych, zwłaszcza dzieci itd. Dlatego trochę to brzmi jak ‘najnowsze trendy w przemyśle technicznym na przykładzie młotka’.
    Mój główny problem to jednak, że nie wiem na czym konkretnie miałoby NO w przypadku adopcji polegać. Jeśli dobrze zrozumiałem, najpierw trzeba by ‘wyczerpać procedurę’ w całej okazałości, z nadzieją że jak się skończy (i pozytywnie) – to nadal będzie się w wieku ‘matczynym’ a nie ’babcinym’. Następnie mamy etap ‘właściwego NO’, który, no właśnie, na czym konkretnie miałby polegać?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s