Najlepsza kampania marketingowa naszych czasów

O ostatnio opublikowanej twórczości polskiego Episkopatu pisała już gniewnie Szprota, ogólnie – Pochodne Kofeiny i bardzo celnie i bezwzględnie dla wszystkich kłamstw w dokumencie –  Lemingarnia. Trudno dodać coś ponad to zestawienie uwag, memorandum zostało już dokładnie zanalizowane pod kątem, ekhm, łagodnie mówiąc, mijania się z faktami, szczególnie pojętej miłości bliźniego jak i nowoczesności myśli zawartej w postulatach. Nie będę się więc znęcać nad konkretami z tego akurat dokumentu, pozwolę sobie natomiast na pewne uwagi ogólne.

Ponieważ śledzę wątek od jakiegoś czasu, zauważyłam w mediach wstępny ostrzał artyleryjski (pojedynczymi księżmi) przed wydaniem przez Episkopat opus magnum w sprawach bioetycznych. W roli harcownika dzielnie i z samozaparciem występował niejaki Longchamps de Bérier, zapowiadający dość otwartym tekstem tezy przyszłego oficjalnego stanowiska. Co prawda, nie bez pewnych, ekhm, nieścisłości i niedomówień, ale czego mielibyśmy oczekiwać od profesora praw obojga? O, przepraszam. No, ale wracając do naszego odważnego moralnie w sprawie czyichś praw i bezkompromisowego w poświęcaniu cudzego szczęścia księdza – zdołał wkurzyć wiele osób, w tym ludzi, których dzieci urodziły się dzięki in vitro. W Wyborczej pojawiły się listy, na które ksiądz bardzo po księdzowemu odpisał:

Dla Pana i innych osób, które w jakikolwiek sposób uczestniczyły w in vitro, Kościół ma Dobrą Nowinę. Jeśli osoby te odczuwają niepokój sumienia i są gotowe spełnić warunki sakramentu pojednania, Kościół czeka z przebaczeniem. Nie ma Pan racji, kiedy pisze, że musi trzymać dzieci z daleka od Kościoła katolickiego. Zarówno Pan, jak i Pańskie dzieci, mają swoje miejsce w Kościele katolickim. Co więcej, bez Was to miejsce pozostaje puste.

Co, przekładając z katolickiego na polski ogólny, znaczy: przeproście, a my wam wybaczymy. Być może. Po spełnieniu naszych warunków. Uważacie że to tupet? Poczekajcie na uwagi całej organizacji, której formalny dokument harce Longchampsa zapowiadały. Otóż, gdy okazało się, że bezduszne i aroganckie wypowiedzi pana księdza to nie pojedynczy wyskok pozbawionego empatii i wyobraźni faceta w kiecce, ale całkiem oficjalne stanowisko kościoła katolickiego,

Chrześcijanin musi troszczyć się o prawdę. Dlatego jego zadaniem jest też demaskowanie kłamstw, wśród których szczególnie wiele szkody czynią sugestie, jakoby zapłodnienie pozaustrojowe było leczeniem niepłodności. Ono niczego nie leczy – niepłodni takimi pozostają, a „wyprodukowanie” dziecka powierzają obcym.

Skomentowane jeszcze dla pewności literacko i subtelnie przez biskupa Pieronka:

Dzisiaj [par korzystających z in vitro] niewiele. Jutro takich osób może być całe mnóstwo. Jeżeli otworzy się furtkę, to stanie się ona bramą. I to bardzo szybko. Rozwój metod zapłodnienia pozaustrojowego może doprowadzić do tego, że w przyszłości będziemy zamawiać sobie dzieci obdarzone określonymi cechami. Rodzice będą wybierać płeć, kolor oczu, włosów, wzrost, geny geniusza lub zbrodniarza. Będą jak twórcy Frankensteina. Czymże jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze, jak nie pierwowzorem in vitro? To makabryczna perspektywa, ale ona istnieje.,

odezwała się bezpośrednio zainteresowana, czyli kobieta urodzona dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu. Powiedziała, że sobie nie życzy takiego traktowania, że jest oburzona i że totalnie nie chce mieć nic wspólnego z tak obrzydliwą i wrogą jej instytucją, nazywającą żywą osobę produktem technologii, a współczesną wiedzę medyczną o reprodukcji – kłamstwami.

Komuś bardzo młodemu, kto żyłby w Polsce od niedawna i od niedawna obcował ze szczególnie przez kościół katolicki rozumianą koncepcją empatii, mogłoby się przez moment wydawać, że taka deklaracja jak powyżej cytowana zawstydzi nieco biskupów i sprowokuje ich do jakichś tłumaczeń lub przeprosin (no, może nie wszystkich biskupów, ale tych mających pewną klasę). Odpowiedź w rzeczy samej nadeszła, ale taka, jakiej spodziewaliśmy się my, żyjący pod panowaniem kościoła wystarczająco długo. No dobrze, aż takiej odpowiedzi się nie spodziewałam.

Abp Hoser ocenił, że dzieci poczęte metodą in vitro, kiedy dorosną, będą stawiały pytania co do swojego przeżycia „tego niezwykle niebezpiecznego etapu”, jakim była ich „selekcja do życia, zresztą kosztem innych”.
W opublikowanym kilka miesięcy temu wywiadzie dla KAI abp Hoser zwracał uwagę, że dziecko poczęte metodą in vitro poczyna się w warunkach fizjologicznie bardzo trudnych. „Jeżeli urodzi się zdrowe – co daj Boże – to trzeba mu zapewnić jak najlepsze warunki wychowania i jednocześnie otoczyć dodatkową opieką tak, aby gdy dowie się o okolicznościach swojego poczęcia, nie przeżywało traumy, resentymentów, tylko zaakceptowało zaistniały stan rzeczy, pogodziło się z losem, na który nie miało żadnego wpływu” – mówił abp Hoser.

Oto bowiem lekko mi brakło powietrza od operacji, którą kościół wykonał. Kościół bowiem nie tylko słowem nie przeprosił za wrogie, aroganckie wymądrzanie się nad cudzymi jajnikami i jądrami, nie wycofał się z nazywania produktami dzieci urodzonych metodą niekonwencjonalną.
Kościół, w osobie swojego funkcjonariusza, Hosera, wykonał bowiem salto i ogłosił istnienie dotąd nieznanej powszechnie traumy złego urodzenia, traumy, którą mają zdaniem miłosiernej i dobrej instytucji przechodzić dzieci urodzone ze sztucznego zapłodnienia. Skąd? Czemu? Bo episkopat tak mówi.
Episkopat mówi, kościół obiecuje wybaczyć, choć wymaga surowo, by najpierw winni zgięli kolana i karki i odpokutowali, a wówczas dana im zostanie nadzieja na odkupienie przewin. Przewin, które jeszcze tydzień temu nie istniały, tak jak lęki ludzi urodzonych dzięki IVF, które to lęki też nie były znane szerzej przed odkryciem ich przez Hosera.
Tu objawia się szczery geniusz kościoła, przed którym szczerze chylę głowę. Wszystkie Wyższe Szkoły Marketingu i Curlingu powinny naprawdę przestudiować tę historię i wcielić ją jako case do swojego programu nauczania. Mamy do czynienia z doskonałym przypadkiem tworzenia potrzeby tuż przed wprowadzeniem na rynek produktu, który ją zaspokoi. Żadna reklama dezodorantów czy golarek do nóg nie może się równać z tą operacją. Furda, że tu rzecz dotyczy rynku poniekąd niematerialnego – kościół w ramach tej doskonałej kampanii reklamowej wparł w świadomość ludzi, że dzieci z in vitro są gorsze, podle urodzone, wyprodukowane a nie stworzone z aktu miłości, że wstydzić się będą swojego poczęcia, swojej historii i rodziny obciążonej grzechem i traumą laboratorium. Zrobił to kościół wbrew danym naukowym, wbrew opiniom środowiska medycznego czy stowarzyszenia rodziców Nasz Bocian, wbrew sporej części społeczeństwa, ba, wbrew samym ludziom urodzonym z IVF. I co? I natychmiast, idąc za ciosem, obiecał im ukojenie lęków, ukołysanie w dobrotliwych objęciach, ugłaskanie z grzechu wymyślonego naprędce w dokumencie sprzed tygodnia. Cudowna rzecz – obietnica uleczenia traumy, którą się samemu zaindukowało.
Śmiem twierdzić, że kościół katolicki wcale nie boryka się z problemem współczesności tak, jak zwykle się to definiuje. Kościół bardzo dobrze odrobił lekcje z XX wieku, zwłaszcza z agresywnych kampanii reklamowych. Wykorzystał wieloletnie doświadczenie w poniewieraniu dzieci urodzonych w sposób uznany przez siebie za niewłaściwy* i wystartował z własną akcją, która może zakasować większość billboardowych masówek gigantów medialnych. Marketingowcy, do parafii, uczyć się od najlepszych!
*Mam tu na myśli zapomniany już nieco obyczaj nadawania przy chrzcie (wbrew woli rodzica) dzieciom pozamałżeńskim imion dziwacznych lub ośmieszających, często w towarzystwie nazwisk lub przydomków ujawniających hańbę złego pochodzenia. Oczywiście, kościół nie odżegnywał się od chrzczenia dzieci nieślubnych, zaznaczał tylko wyraźnie swoje stanowisko w sprawie sposobu poczęcia i dbał, by dzieci nie pozbyły się tego piętna przez całe życie. Piękny przykład tradycji, która po lekkim odświeżeniu wraca w pełnej mocy urzędu!
Reklamy

13 thoughts on “Najlepsza kampania marketingowa naszych czasów

  1. O to to właśnie.
    Jednak niektóre ich chwyty mogą działać tylko przy całkowitym braku reakcji.
    Od zainstalowania protez nie odzyskuje się zębów, zatem protezowanie zębów nie jest leczeniem, jest jest bezbożnym atakiem na Godność Osoby Ludzkiej, Stworzonej na Obraz+Podobieństwo etc. W tym konkretnie punkcie wystarczy ich ośmieszać, byle masowo.

  2. „W tym konkretnie punkcie wystarczy ich ośmieszać, byle masowo.”

    Myślę że to niewiele da. Intencją takich dokumentów i wypowiedzi jest generowanie wyrzutów sumienia i lęku przed karą. Nawet jak wyśmiać taki czy inny argument, w znacznej części grupy docelowej cośtam tego lęku zostanie, a w perspektywie lęk taki może doprowadzić delikwenta do pułapki, znaczy konfesjonału.
    Znaczy myśłę że wyśmiewac trzeba, sam to robię gdzie się da (podsuwam jeszcze lepszy przykład – dializa. Od braku protezy zębowej się nie umiera, od braku dializy tak). Ale trzeba by czegoś więcej.

  3. @cmos
    Gdy chodzi o emo, dyskusja się kończy; dyskusja zakłada jakiś stopień racjonalności i jakiś stopień porozumienia.
    W ogóle to oni sami nie mogą traktowa,c serio własnego argumentu, bo zanegują każde leczenie „nieprzyczynowe”, a w skrajnym ujęciu ten argument prowadzi do wniosku, że leczenie nie istnieje. Na zasadzie „nauczyliście się regenerować mięsień sercowy w miejscu objęty martwicą? ale to nie jest tró mięsień, tylko regenerowany, sztuczny ! ! !1 1!1”

  4. Nie trzeba aż regenerować mięśnia. W Polsce pewnie kilkadziesiąt tysięcy ludzi nosi rozruszniki serca. Które 70 razy na minutę dopuszczają się ataku na Godność Człowieczą. Dlaczego się na to pozwala, zamiast *leczyć* tych ludzi??!!111

  5. @migg
    „protezy nie tylko zebowe, no i insulina, duzo by wymieniac”

    No właśnie dializa jest szczególnie dobra jako analogia, bo tak samo jak in-vitro polega na wyciągnięciu czegoś z organizmu, pomanipulowaniu tym i wsadzeniu tego spowrotem.

  6. @Gammon No.82
    „W ogóle to oni sami nie mogą traktowa,c serio własnego argumentu, bo zanegują każde leczenie “nieprzyczynowe”, ”

    Spójność logiczna ich argumentów nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. Ważne żeby poczucie winy się chociaż wśród części odbiorców wygenerowało.

  7. Ośmieszanie to jedno, ale trzeba też potępić, bo to jest marketing wypisz wymaluj pushera dragów rozdającego darmowe działki heroiny pod gimnazjum. Skrzywdźmy ludzi, a jak zaczną płakać zaoferujmy ukojenie, naturalnie nie za darmo. To jest po prostu obrzydliwe.

  8. @Vauban – no ale niestety, w tej korpo tak działa mechanizm sprzedaży – klient na początku dowiaduje się, że ma po przodkach gigantyczne długi do zapłacenia, korpo mu tylko łaskawie rozłoży to na raty, umożliwi wielorazowe proszenie o umorzenie poszczególnych spłat, a że po drodze będzie naliczać odsetki i kary umowne…

  9. Minister go(‚)win zabłysnął ponownie, niemal jak Zespół R, przy okazji prezentując początki tzw. Zespołu Macierewicza (zespoły chorobowe nazywa się zwykle od ich odkrywców, a nie pierwszych zidentyfikowanych przypadków). Otóż fakt, że gdzieś w jakiejś klinice znaleziono pusty dewar do przechowywania zarodków dowodzi, że zarodki w liczbie najprawdopodobniej tysięcy były w owym dewarze przechowywane, a następnie sprzedano je do Niemiec na eksperymenty medyczne, gdyż prawo niemieckie jest tak pomysłowe, że chroni życie wyłącznie obywateli niemieckich i ich zarodków, a na obcokrajowcach wolno wszystko. Czekam na sensacje mówiące również o tym, że Niemcy kupują do celów medycznych polskie dzieci czy osoby dorosłe, przecież ich wartość dla nauki jest o wiele większa niż takich zarodków…

  10. Och, ci marketingowcy z bożej łaski mają przecież spore doświadczenie w dziedzinie kampanii okołoprokreacyjnych – antykoncepcja to zło, ale my cię rozgrzeszymy, aborcja to zło, ale patrz wyżej. Sprawdzona metoda – najpierw wpędzić ludzi w poczucie winy, a potem łaskawie ich z niego wyciągnąć.

  11. „Czymże jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze,”

    Zabrakło korekty obywatelskiej, która w ostatniej chwili szepnęłaby, że Frankenstein został powołany do życia całkowicie zgodnie z naturą, bo Frankenstein to ten doktor

    Ale to dość zabawne, że najwyraźnie Pieronek (któremu pewnie chodziło o monstrum Frankensteina) na literaturze zna się tak samo jak na biologii.

  12. @krystyna ch

    Pan P, biskup z zawodu, ma poniekąd rację. Czymże innym jest in vitro, jak nie ożywianiem martwych ciał przy pomocy jakiegoś skomplikowanego zabiegu biochemicznego?
    Eee? Chyba jednak nie ma.

    Poza tym Potwór to była sama natura. Naturalne trupy, pozszywane naturalnymi włóknami, napompowane jakąś miksturą z najprawdopodobniej naturalnych składników. W wersjach filmowych doszła do tego naturalna elektryczność w postaci pioruna…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s