Dobrzy państwo patrzą na dzieci z podejrzliwością

Pamięć ludzka przechowuje dziwne rzeczy. Mnie na przykład wryło się strasznie w zwoje takie zdanie – no, trzy zdania –  z poczatku 2008 roku:

Ja nie znam dzieci, które by głodowały. Jeżeli ktokolwiek zna takie dzieci, to powinien krzyczeć głośno. Nie ma takiego problemu na dzień dzisiejszy w Polsce.

Zapamiętałam, bo wbiło mnie wtedy w stupor, a było komentarzem do kolejnego raportu na temat kondycji społeczeństwa i potrzeby regularnego finansowania przez państwo dokarmiania dzieci w szkołach. Zapamiętałam, bo jest wręcz nieprawdopodobnie bezczelne: znika dziesiątki tysięcy młodych ludzi, bo nie rzucili się mówiącej te słowa pani z wielkiego miasta w oczy. Pani zresztą mówiła wtedy więcej. Wyraziła nawet gotowość niesienia osobiście pomocy takiemu dziecku, które ktoś by jej wyraźnie wskazał palcem i udokumentował, że głodne jest w wystarczająco przekonującym stopniu, by można mówić o takim problemie w Polsce.

Jeżeli jakieś dziecko jest głodne, to niech się zwróci do mnie. Ja chętnie pojadę do tej wsi, do tej szkoły. Jestem gotowa na konkretną prośbę.

Pani otóż polityczka z całą leniwa bezczelnością mówi, że głodne dziecko z jakiejś zapadłej wsi ma się do niej osobiście pofatygować, do Warszawy, zapewne pieszo, bo jak nie ma pieniędzy na jedzenie, to i z transportem może być krucho, a wówczas pani polityczka spakuje w koszyczek wytworne herbatniki i kompot z gruszek i pojedzie do tego jednostkowego ewenementu z chęcią i gorliwością misjonarki.

Tu powinno nastąpić siedem akapitów o tym, jak zamożna klasa polityków sobie wyobraża biedę w Polsce i dlaczego zawsze jest to estetyczna i rzewna bieda, z warkoczykami i chudą buzią, do której trzeba zawieźć bułeczkę, książeczkę i paciorki, a zaraz buchnie jaśnie pani dziedziczce do stóp zraszać wytworne czółenka łzami szczerej wdzięczności i obieca łaskę odrobić w polu. Powinno być, ale nie będzie, bo już choćby Krytyka Polityczna pisała wiele razy o szkodliwej i upokarzającej estetyzacji biedy; a i nie trzeba wiele przenikliwości, by widzieć, że nasze myślenie o pomocy społecznej przesiąknięte jest różnymi dziewiętnastowiecznymi koncepcjami dobroczynności, czyli akcji jednorazowych a uszlachetniających darczyńcę kosztem dzikusa ubogiego.

Będzie natomiast o zdumiewającej (no, powiedzmy, taka figura stylistyczna) potędze wyparcia w klasie politycznej. Pięć lat później po serdecznym wydrwieniu naszej błyskotliwej dobrej pani, gotowej na skrzydłach anioła nieść ciasteczko i pociechę jedynemu głodnemu dziecku w kraju, pojawiają się kolejne raporty, obejmujące rok 2011 i 2012. Raport Fundacji Maciuś czy zestawienia zrobione przez PAH czy Millward Brown (za 2010) są bezlitosne dla tych, którym się wciąż wydaje, że Polska szczęśliwie uniknęła hańby, jaką są dzieci głodujące w czasach bez wojny i katastrof naturalnych. Można się spierać o dokładność wyliczeń, o skalę – czy jest to aż osiemset tysięcy, czy pół miliona dzieci, ale nie sposób się spierać o sam fakt nędzy. Nędzy, która sprawia, że rodzina wypycha do szkoły dziecko bez żadnego posiłku.

I tu na scenę wkracza (ponownie, bo dopiero co o nim pisałam) pan poseł Niesiołowski:

– To nieprawda. Jak ja chodziłem do szkoły, to były wtedy głodne dzieci. Jak ktoś miał bułkę albo kawałek czekolady, to wszyscy mówili: Daj gryza – odparł Niesiołowski. – Myśmy cały szczaw wyjedli z nasypu i wszystkie śliwki jedli. Dziś te wszystkie śliwki leżą, dzieci grają w piłkę, szczawiu nikt nie zjada. Ja nie mogę słuchać o tym – stwierdził poseł. Jego zdaniem 800 tys. głodnych dzieci to „gruba przesada”. – Nie wierzę w dane Fundacji „Maciuś” – dodał Niesiołowski.

Cytuję ten wywiad za TOK FM z niejakim zażenowaniem, bo w tym cytacie tak naprawdę jest wszystko. I bezbrzeżna bezczelność i zarozumiałość, by z marszu zdezawuować wyniki czyjegoś badania wyłącznie na podstawie własnego widzimisię. I obrzydliwa licytacja martyrologii osobistej (uważam, że powinno to się stać dyscypliną olimpijską, w samobiczowaniu ku chwale własnej i narodowej bralibyśmy wszystkie miejsca medalowe zarówno w klasyfikacji drużynowej jak i indywidualnej), bo jeśli Stefan Niesiołowski był głodny pięćdziesiąt lat temu, to żadne współczesne dziecko nie może być nawet w podobnym stopniu głodne, bo ujęło by mu blasku z aureoli męczennika. Jest też wartościowanie biedy, najobrzydliwsze chyba w zestawie, choć nieco zakamuflowane przez inne aspekty tego wstrętnego wywiadu. Bo, uważacie państwo – dopóki na polskich drzewach rośnie nieogryziona kora, a na poboczach dróg ostał się niewyżarty zakurzony i odymiony trującymi spalinami szczaw, tak długo nie ma w Polsce wystarczająco skrajnej biedy, by godna była dostrzeżenia przez polskiego polityka. Dodajmy, polityka powołującego się co chwila na swój katolicki i moralny kodeks etyczny. Więc, znowu, mamy argument z własnej obserwacji (pytanie konkursowe: co widać przez szyby samochodu służbowego, okna poselskiego hotelu czy ekrany sejmowych tabletów, i ile tam jest nasypów ze szczawiem do prowadzenia rzetelnych badań nad niedożywieniem dzieci? Odpowiedzi prosimy nadsyłać na Wiejską) zmiatający w pył wielomiesięczne badania różnych fundacji wyspecjalizowanych w zwalczaniu objawów biedy, mamy też oryginalne kryterium głodu – jedzenie chwastów. To wszystko opowiada ze spokojem dobrze odżywiony facet zarabiający wielokrotność średniej krajowej z gwarancją zatrudnienia na najbliższe trzy lata, i głos mu nie zadrży. Wy natomiast, roszczeniowi kłamcy, rzekomi nędzarze, żryjcie szczaw, zanim ktoś z polityków zgodzi się w was uwierzyć. Przyjdźcie w malowniczych łachmanach, stańcie w pokorze na progu i okażcie zielone od chwastów buzie waszych chudych dzieci, a będzie wam nagrodzone.

Tylko że nie.

Nakłady na zorganizowaną pomoc społeczną maleją, kryteria biedy upoważniające do pobrania jakiegokolwiek zasiłku zostały odrobinę tylko zrewaloryzowane po kilku latach zamrożenia, likwidowane są kolejne ulgi podatkowe, w tym te na dzieci. [EDYCJA: Nie istnieje systemowa pomoc dla głodnych dzieci dzięki czujności komentatorów – niezawodna Szprota w roli społecznej kontrolerki! – koryguję o linka do oficjalnej informacji o programowym dożywianiu dzieci w szkołach, z którego dowiadujemy się, że akcja dożywiania dotyczyła w 2011 roku około miliona osób niepełnoletnich i była finansowana przez budżet państwa w 65% a w pozostałej części przez samorządy. Link mówi również o programach powiązanych z dożywianiem, a skupionych na propagowaniu zdrowej żywności] , państwowa agenda zajmująca się dożywianiem. Zajmują się tym fundacje i NGOsy, i one jako jedyne są zainteresowane badaniem zagadnienia przekrojowo. W szkołach pojawiają się kateringi i agendy sklepów, ale nie ma higienistek, pielęgniarek i stomatologów, którzy mogliby wykryć wśród swoich podopiecznych dzieci regularnie niedojadające i permanentnie głodne. Są zrywy i akcje, dary i ofiary, jednorazowe dzieła charytatywne, łączące w sobie psychoterapię dla darczyńców z pogardą i protekcjonalnością dla obdarowanych. I dalej tak będzie, dużo słów, dużo frazesów, bo res sacra miser. Osobiście wolałabym, żeby nie był święty, ale najedzony, ale nie jestem księdzem ani politykiem i nie przepadam za parabolami i paremiami gdy mowa o ludziach mających na życie trzysta złotych na osobę.

Mozna było się śmiać z oderwania od rzeczywistości, jakie w każdym zdaniu prezentowała Nelly Rokita. Można się śmiać z Niesiołowskiego, jeśli ktoś jeszcze potrafi. Ja nie umiem. W komentarzach pod poprzednimi notkami trwa próba wykazania pewnej ewolucji Niesiołowskiego od kompletnego homofobicznego betonu do łaskawej tolerancji polegającej na uznaniu istnienia. Drodzy komentatorzy, szanuję wasze nadzieje, ale nie, nie łudzę się z wami. Niesiołowski jest granitowym chrześcijaninem. Dla nieobeznanych z mineralogią: ma serduszko z kamienia.

Advertisements

23 thoughts on “Dobrzy państwo patrzą na dzieci z podejrzliwością

  1. Nelly to raczej z miasta w którym ostatnio chcąc nie chcąc mieszkam. I zastanawiam się czy bucera którą obserwuję na przykład wśród współpracowników to tylko tamtejsze klimaty czy cała Polsza jest taka.
    A co do biedy, to panu Niesiołowskiemu coś się we łbie poprzestawiało, bo szczaw to się żarło dla smaku, a śliwki kradło dla sportu i nie miało to nic wspólnego z niedożywieniem. No i druga sprawa, rozumiem, że dla pana posła dopóki biedni nie wpieprzają gliny jak onegdaj mieszkańcy Podhala na przednówku (żeby żołądek czymś zapchać), tudzież nie wyglądają jak rwandyjskie dziecko z fotografii Unicefu, to znaczy że biedy nie ma? Obawiam się że definicje przyjęte w świecie są jednak nieco bardziej „liberalne” niż wymóg prezentowania puchliny głodowej.

  2. Aha, jakie mamy dane na temat programów rządowych dokarmiania niedożywionych dzieci? Na fejsie jedna z komcionautek wytknęła, że takie programy są.

  3. A to ja się chętnie dokształcę, bo nic o nich nie wiem, o tych działających programach dożywiania organizowanych przez państwo.
    Jeśli są, to oby jak najdłużej oparły się cięciom i oszczędnościom.

    Obrazek śliczności, czy Pitera to naprawdę powiedziała?

  4. Są:
    http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5535,6088,dzialania-rzadu-na-rzecz-dozywiania-dzieci.html

    I tak, powiedziała:
    http://www.radiozet.pl/Programy/Gosc-Radia-ZET/Blog/Julia-Pitera3

    „Polska, która aspiruje do strefy euro jest krajem głodnych dzieci, co dziesiąte dziecko w Polsce je ciepły posiłek tylko w szkole, tak donoszą różne organizacje, donosi „Rzeczpospolita”, co pani na to?

    Julia Pitera: Uważam, że powinno być to zbadane, pani redaktor, bo z drugiej strony wracają pieniądze na dożywianie dzieci w szkołach. Niestety pamiętam taką rozmowę z kimś, kto się tym zajmował, że my w Polsce mamy pewną kulturę niejedzenia śniadań. I to jest prawda. Ja rzeczywiście jak przychodzę do sejmu to widzę, że moi koledzy pierwszy posiłek jedzą około 11., 12.

    Monika Olejnik: Tak, ale ja rozumiem o posiłkach kolegów, ale chodzi mi o to, że dzieci są niedożywione, więc to jest jakieś…

    Julia Pitera: Rodzice powinni przypilnować żeby dziecko zjadło chociaż bułkę za 20 groszy, pani redaktor. Ja obawiam się…

    Monika Olejnik: Może ich nie stać właśnie na tę bułkę.

    Julia Pitera: Pani redaktor, podejrzewam, że bardzo duży procent rodziców wyprawia dzieci do szkoły bez śniadania, ponieważ sami tych śniadań nie jedzą. Wciskają im pewnie kanapkę, albo i to nie, bo w szkole jest posiłek. Naprawdę, uważam, że to jest element higieny życia codziennego człowieka, to jest zjedzenie czegokolwiek, wypicie szklanki mleka za 10 groszy, pani redaktor”

  5. Naima to the rescue, już wyłowiłam.
    (Przy okazji znalazłam w spamowni schowanego Fronesisa, coś nie lubi on socjologów z linkami)
    Nie wiem, co dziś temu Akismetu, zborsuczył się obrzydliwie.

  6. Program „szklanka mleka” i „owoce w szkole” w praktyce w wielkim mieście wygląda tak, że na przykład w szkole w śródmieściu przeszło połowa klasy z niego nie korzysta, bo dziecko dostaje od rodzica butlę pepsi i batona, więc nie chce wypić kartonika mleka i zjeść jabłka, więc spora część tego żarcia się po prostu marnuje. bo mleko nie uhate, więc się psuje, warzywa też się psują. A nie ma pieniędzy i ludzi do tego, żeby to niezjedzone żarcie przewieźć tam, gdzie głodne dzieci by zjadły. A rodzicom się nie chce zmieniać nawyków żywieniowych dzieci, nauczycielka prosi, żeby nie przynosić do szkoły coli, ale dzieci przynoszą, bo albo rodzice dają albo nie sprawdzają co dziecko sobie kupuje. I mnóstwo pieniędzy – tych na dożywianie dzieci – idzie w błoto.

  7. #pitera
    No normalnie, owoce z drzew, jak zwierzęta. Supermarket zamknęli czy co?

  8. http://www.tokfm.pl/blogi/zenujacy-blog/2013/03/wolisz_dostac_z_polobrotu_czy_z_glodnego_dziecka_/1
    Tu celne uwagi na temat metodologii (łagodnie mówiąc, wątpliwej) raportu Maciusia. Niedobrze, że istota problemu, wskazywanego przez inne raporty mniej histerycznie i w mniejszej skali, zniknie teraz z powodu medialnego szumu wokół jednego badania, niezbyt rzetelnego i nadmuchującego efektownie wyniki. Skończy się na oraniu raportu, potrząsaniu głowami i uściskach dłoni, że udowadniając błędy jednego raportu zlikwidowaliśmy problem niedożywienia.

  9. Postawię tutaj tezę, że rozmowa o niedożywieniu to też w pewnym sensie świadectwo neolibo w Polsce. Tylko część ludzi nie może znieść świadomości głodnego dziecka. Gdy dziecko jest jednak nakarmione, jego podstawowe potrzeby zapewnione, nikt go nie bije, to wszyscy są szczęśliwi. Zapomina się już o edukacji, lepszym starcie, możliwości studiowania ludzi wykluczonych, a także jakości życia.
    Szkoda, że nie rozmawia się raczej o wykluczeniu, równych szansach, o całokształcie na zasadzie „dożywianie i …” (tutaj można wstawić np wychodzenie z biedy), podczas gdy mamy rozmowę na zasadzie „dożywianie albo nic”. I tutaj widać całą słabość lewicy (a może ukrywaną lewicowość?), gdy przydałaby się kontra polityków i mówienie o wyrównywaniu szans, pomaganiu wychodzeniu z biedy, rozmawiają o wewnętrznych.

  10. @pawos
    Przyznam, że nie bardzo wiem, z kim teraz polemizujesz. Nikt z komentatorów ani też ja nie twierdzimy, że wystarczy rozdać po mielonym z buraczkami, żeby zapanowała szczęśliwość powszechna i dobrobyt. Ja usiłuję przekazać (może nieudolnie, postaram się bardziej wyrobić), że jeśli w kraju nieogarniętym wojną ani klęską żywiołową pojawiają się dziesiątki tysięcy dzieci regularnie niedojadających (i nie mam tu na myśli niedokańczania kanapek z szynką), to jest to dramat pierwszej kolejności do obsłużenia. Owszem, stanowi on część złożonego systemu niedoborów, ale upieram się, że pomoc edukacyjna i kulturowa lepiej się przyswaja wśród najedzonych. Nawet najlepsze książki i programy integracyjne muszą zacząć od tego, by ich beneficjenci byli po jakims posiłku i siedzieli w ogrzewanym pomieszczeniu.

  11. Poziomko, w marketach się zdarzają. Zazwyczaj jednak współczynnik cena/masa mają tragiczny, tj. faktycznie są niesamowicie drogie. Tylko ktoś, kto nigdy nie musiał najeść się tanio lub ma klapki na oczach, będzie patrzył na cenę za sztukę.

  12. „pomoc edukacyjna i kulturowa lepiej się przyswaja wśród najedzonych”

    Myślę, że najlepiej się przyswaja w pakiecie. Szkoły, szkoły, szkoły. Mają misję.

  13. @Naima
    „””
    Niedobrze, że istota problemu, wskazywanego przez inne raporty mniej histerycznie i w mniejszej skali, zniknie teraz z powodu medialnego szumu wokół jednego badania, niezbyt rzetelnego i nadmuchującego efektownie wyniki.
    „””

    No bo moze zamiast rzucac kapelusz w ring z napisem 800tys warto bylo pofatygowac sie na strone Fundacji Macius, wyczytac np takie kuriosum:
    http://www.pfpd.org/?page_id=794
    „””
    Wedle Wikipedii „w Polsce różne organizacje podają, że około 10-25% dzieci w wieku do 14 lat cierpi przez głód i spożywa najwyżej jeden posiłek dziennie”
    „””
    nastepnie pacnac sie w czolo i zastanowic czy cokolwiek co wypada z pod ogona Fundacji Macius nadaje sie do popierania. Goscie z FM nie potrafia mnozyc i dzielic na poziomie 5cio klasisty, wierza w jakas forme masowego intermittent fasting czy moze bretharianizmu na podstawie zdania w wikipedi bez jakichkolwiek referencji a naraz staja sie kluczowym podmiotem w debacie na temat glodu i niedozywienia w kraju cytowanymi przez wszystkie media. Przeciez to jest jakas czarna komedia.

    BTW, autorem w/w stwierdzenia jest znany polski socjolog IP 83.25.80.177:
    http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=G%C5%82%C3%B3d&oldid=682794

    Na koniec: gdyby „niewlasciwie odzywionych” traktowac jako „dzieci ktore maja jakiekolwiek niedobory pokarmowe”, czy to witaminowe, mineralne etc. to kto wie, byc moze setki tysiecy uczniow na dietach parowkowo-chipsowo-colowych pewnie by sie znalazlo. Tyle ze brak brokulow, marchewki i ryb z dobroczynnymi omega-3 w diecie to nie jest glod kaloryczno-proteinowy. Ten ostatni bez watpienia tez wystepuje tyle ze najprawdopodobniej w 8-10x mniejszej niz maciusiowa skali:

    wg badania „Diagnoza społeczna”, prof. Janusz Czapiński, wynika, że w Polsce niedożywionych jest 80-100 tys. dzieci.

    http://wyborcza.pl/1,75248,13547268,Minister_nie_wierzy_w_raport_fundacji_Macius__Sprawdzi_.html

  14. Jeszcze jeden drobiazg dla milosnikow lokowania PLu pomiedzy Bulgaria a Rumunia czy jakos tak. Niekoniecznie przedpiscow ale byc moze dla lurkerow. Dane z UNICEF a nie Fundacji Bubus:
    „”
    Under-five mortality rankings The following list ranks countries and territories in descending order of their estimated 2010 under-five mortality rate (U5MR), a critical indicator of the well-being of children.
    „””
    http://www.unicef.org/sowc2012/pdfs/UNDER-FIVE-MORTALITY-RANKINGS.pdf

    Te niedozywione i nieleczone polskie dzieciaki padaja z taka sama czestotliwoscia jak dzieciska z Nowej Zelandi, Kanady (6) i minimalnie wieksza niz w Australii, Szwajcarii i Hiszpani (5).
    Jesli pominac mini-panstwa, to najlepsze wyniki (3) maja Japonia, Szwecja, Finlandia i Slowenia.

    Zapewne mozna w tym rankingu osiagnac lepsze wyniki jesli np przecietny wiek matki przy porodzie jest mlodszy ale nie za mlody, rozpowszechnienie palenia czy innych dragow mniejsze, mniej wczesniakow, mniejsze zanieczyszczenie, ale bez jaj, troche do super-higienicznego zycia w PLu brakuje.

  15. Dobry tekst. W Polsce mamy zaledwie kilka, kilkanaście dużych miast, jest Warszawa, jest Kraków, Wrocław, Poznań, Łódź. Jednak większość Polaków mieszka na wsiach, w małych miasteczkach, prowincjach. Wystarczy tam pojechać i zobaczyć jak wygląda życie poza blichtrem stolicy. Jak panie biegają po sklepach, bo tu tańszy chleb, a tam tańsze mają masło. Wystarczy spojrzeć na taśmę przy biedronkowej kasie. Nie leży tam wino do obiadu. Co najwyżej tanie wino na zapicie frustracji. Na tych wsiach i w tych miasteczkach już nie ma młodzieży bo dawno skorzystała z dobrodziejstwa emigracji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s