Nie pytaj posłanki Pawłowicz, co Polska może zrobić dla ciebie

Na wielu blogach pojawiły się już komentarze na temat złotoustych posłów, osobliwie uzasadniających swoje głosy przeciwko pracom nad ustawą o związkach partnerskich. Internet uwiecznił memami co celniejsze uwagi wybrańców narodu; miejmy nadzieję, że przynajmniej część tych wstrząsających popisów zostanie w pamięci publicznej choć do czasu najbliższych wyborów.

Nie będę się szczególnie znęcać nad posłanką Pawłowicz, bo nie trzeba powtarzać rzeczy wielokrotnie już napisanych o jej bezduszności, wulgarności i plugawym języku nienawiści. Dała mi ona jednak mocno do myślenia swoją wypowiedzią o jałowych i niepożytecznych związkach, ponieważ mam mocne wrażenie, że ta idea nie zrodziła się w głowie poselskiej z niczego, że pochodzi ona z pewnej filozofii, którą część polskich, nazwijmy to umownie, prawicowych polityków mniej lub bardziej świadomie podziela. Chodzi mi o filozofię, że obywatel ma się państwu opłacać.

Państwo (mowa tu o założeniach, koncepcji, a nie poszczególnych wariantach wykonania!) otóż jest formą zorganizowania się ludzi, których łączy jakaś wspólnota – etniczna, językowa, religijna, historyczna czy kulturowa, a najczęściej wszystkie powyższe w różnych proporcjach – dla potrzeb rozwiązania problemów związanych z funkcjonowaniem zbiorowości. Państwo jest formą organizacji (w rozumieniu: sposób, w jaki jest zorganizowana społeczność, a nie  – Organizacja Widmo), a nie bytem osobnym czy metafizycznym, choć dla wygody często w mówieniu się je personalizuje. Państwo bowiem ma pomóc załatwić kwestie porządkowe (stanowienie i egzekwowanie prawa),  infrastrukturalne (budowa obiektów przekraczających kosztami możliwości jednostek czy nawet całych grup ludzi), kompetencyjne (licencjonowanie zawodów, certyfikowanie wiedzy lub umiejętności specjalistów) czy administracyjne, oraz zająć się finansowaniem swojego funkcjonowania w umówionym w akcie zasadniczym zakresie (w Polsce są to bezpłatne szkolnictwo i leczenie, prawo do sądu). Ta powtórka z WOS nie jest tak całkiem bez sensu, ponieważ w całym tym wywodzie nie ma mowy o tym, że państwo jako organizacja ma na swoich obywatelach zarabiać. Obywatele oskładkowują się (mniej lub bardziej dobrowolnie) na rzecz finansowania tych zadań, które oddelegowali na państwo. Stąd podatki, akcyzy i kontrybucje, z których finansowane są – ważne słowo: redystrybucja! – potrzeby obywateli.

Na marginesie: we w miarę sprawnie działającym państwie jego skuteczne działania są tak oczywiste, że aż niewidzialne (przecież te drogi zawsze tu były. Przecież wszystkie dzieci chodzą do szkoły. Oczywiście, że leczy mnie lekarz państwowy i naturalnie, że moi rodzice mają emeryturę), podczas gdy dotkliwość podatków sprawia, że trudno o nich zapomnieć, co z kolei powoduje, iż część obywateli dochodzi do oburzającego wniosku, że państwo oto na nich pasożytuje, zdziera i krzywdzi, nie dając nic szczególnego w zamian.

Wracając do wywodu: państwo, o jakim mówimy w przypadku Polski, to zespół zasad, przepisów, kompetencji i uprawnień wraz ludźmi w funkcji operatorów tychże środków i przepisów. To również pewna ilość dóbr materialnych wykluczonych spod posiadania prywatnego w jakimś celu: ochrony przyrody, zapewnienia funkcjonalności żywotnych instytucji, usprawnienia logistyki i transportu, utrzymania monopolu broni ciężkiej etc. Nie jest to jednak organizm samodzielny, byt samoistny i dążący do samowyżywienia (pomimo wszelkich karykatur rysowanych z zapałem przez apologetów wolnej amerykanki w społeczeństwie). Niestety, ludzie zatrudnieni na stanowiskach operatorów poszczególnych odcinków państwa, często zapominają o istocie funkcjonowania tego tworu i zaczynają widzieć go w konwencji bytu nadrzędnego nad społeczeństwem, gdy – nie zapominajmy – państwo jest wyłącznie tego społeczeństwa pochodną. Dopiero, gdy popełni się taki błąd hipostazy, możliwe jest w ogóle sformułowanie myśli o opłacalnych obywatelach. Obywatele mogą stać się kategoryzowalni według kryterium dochodowości dla państwa dopiero wtedy, gdy przyjmiemy punkt widzenia, zgodnie z którym państwo ma jakąś osobistą tożsamość czy osobowość zdolną rościć, oczekiwać i żądać. Nie jest to oczywiście faktyczna tożsamość państwa – bo sposób organizacji społecznej takiego przymiotu nie ma, tak samo, jak nie ma jej, powiedzmy, sposób organizacji ruchu kołowego – lecz projekcje osobistych przekonań niektórych tego państwa operatorów, czyli urzędników. (Co mnie osobiście mało dziwi, bo po pierwsze, urzędników rzadko kiedy obchodzą niuanse ontologii, po drugie, perspektywa personalna jest dla wielu jedyną dostępną w oglądaniu świata.)

Na kolejnym marginesie chciałabym umieścić propozycję zgadnięcia, skąd takie hipostazy i skróty myślowe mogą się lęgnąć. Otóż, o ile strasznie się tutaj staram pilnować, by nie używać wymiennie słów państwo, Polska i Ojczyzna, to w świadomości powszechnej one są zastępnikami. Nie są. Ojczyzna jako byt metafizyczny i emocjonalny konstrukt jest dużo pojemniejsza i z łatwością, o ile nie ochoczo, poddaje się personifikacji, czemu zresztą zawdzięczamy połowę krajowej produkcji malarskiej na przestrzeni dziejów, te wszystkie kajdaniarskie i sponiewierane Polonie, te wszystkie grottgerowskie płaczki i roznegliżowane alegorie. Stąd też poetyckie inwokacje, te Ojczyzna wzywa, krwi żąda, te różne figury literackie o wiernych synach ojczyzny i matczynej piersi. Nakładanie się jednak zakresów tych pojęć skutkuje przeniesieniem całego literackiego, metaforycznego bagażu na konstrukt czysto funkcjonalny, obciążenie semiotyczne idei pewnej organizacji potwornym ładunkiem poezji, alegorii i wielce dramatycznej personifikacji. (O tym, że romantycy zrobili nam w myśleniu obywatelskim straszliwe spustoszenie, napisano już chyba wystarczająco wiele).

Wracając do wywodu głównego – gdy zacznie się myśleć o państwie jak o tworze nadrzędnym, jakimś superbycie wyposażonym w metafizyczne przymioty ducha i jednocześnie całkiem rzeczywiste kompetencje i prerogatywy, łatwo przejść do pomysłu, że obywatele wobec państwa pełnią funkcję służebną i poddańczą. Taka umysłowa monarchizacja państwa sprawia, że owego państwa pracownicy i funkcjonariusze zaczynają postrzegać obywateli nie jak tegoż państwa (umownych, bo przychodzących na zastane) twórców i założycieli, a obsługę bądź wasali. Stąd już blisko do klepania po plecach dobrych a posłusznych i wyrzekania na leniwych bądź nieproduktywnych. Gdy zapomni się, że to obywatele tworzą państwo, żeby im łatwiej było budować drogi, szpitale i szkoły, ustalać reguły zachowań i je egzekwować, pilnować granic i więzień etc, można sformułować koncept, że obywatel ma państwu przynosić dochód, pożytek i chlubę. Ten konfucjański sposób wartościowania: jednostka niczym, jednostka zerem, społeczność wszystkim (wiem, że to z nieco innego wiersza) z jednej strony prowadzi do tak skandalicznych wypowiedzi jak ta, której z przykrością wysłuchaliśmy po wielekroć w serwisach informacyjnych, a z drugiej – otwiera pole do wyceniania wartości obywateli według ich podatkowej użyteczności. Wszystkim jako tako świadomym historii nie trzeba dodatkowo opowiadać, jak nieprzyjemne mogą być skrajne konkluzje filozofii wartościującej ludzi w zależności od ich wydajności, zdrowia i siły. Niedobrze, że takie pomysły okazują się popularne w polskim sejmie na tyle, że w wypowiedzi Pawłowicz oburzenie wzbudziła bardziej ordynarna forma niż leżąca u podłoża koncepcja państwa jako właściciela plantacji niewolników podatników, mających się państwu opłacać również pod względem hodowlanym.

Wszelkie uwagi socjologów, politologów, specjalistów i znawców tematu, którzy chcieliby brutalnie wypunktować słabizny tych dywagacji – bardzo mile widziane.


Advertisements

11 thoughts on “Nie pytaj posłanki Pawłowicz, co Polska może zrobić dla ciebie

  1. Cóż, koncepcja państwa w obecnej konstytucji jest niekompatybilna z koncepcją państwa w głowie posłów.

  2. Jeszcze chciałbym dodać że od wizji Państwa jako wartości nadrzędnej niedaleko do rzucania milionów młodych ludzi na front i w efekcie zniszczenia samego Państwa.

  3. Ja się całkowicie zgadzam z Twoją koncepcją państwa, ale niestety jest to koncepcja – wizja raczej – bardzo młoda i idealistyczna, o której wdrożenie dopiero trzeba walczyć.

    Przez całą historię ludzkości państwo, albo ogólniej wszelka władza była i jest narzędziem zaspokajania ambicji przez samców alfa. Państwo przez długi okres było narzędziem administracyjnym Króla czy innego władcy, ale jednocześnie się zautonomizowało jako wartość nadrzędna i byt samoistny. (Chyba Rzym, Chiny Konfucjusza, Egipt faraonów?)

    Koncepcje państwa jako umowy społecznej sformułowano chyba dopiero w Oświeceniu? Zauważmy, że Oświecenie przedstawiane jest w dyskursie konserwatywnym jako źródło wszelkiego zła…

  4. Za każdym razem przypomina mi się, że w USA (co by o tym kraju nie sądzić) politycy zwracają się zawsze do PODATNIKA.
    Taki malutki drobiazg ustawiający odpowiednio optykę tak mówiącego, jak i słuchającego.
    Skąd się biorą pieniądze i kto tu komu płaci.

  5. Ładny, elegancko przeprowadzony wywód – na tyle, że zaryzykuję i wbiję się z moim nieco konserwatywnym światopoglądem jako adwokat diabła.

    Stwierdzenie, że państwo jako odrębny byt jest hipostazą to jedna z koncepcji – istnieje cała gama konkurencyjnych koncepcji mówiących, że państwo rzeczywiście jest odrębnym bytem – od Hobbesowskiej instytucji – gwaranta praw, po Heglowską emanację ze społeczeństwa obywatelskiego. Przesłanka stojąca za tego typu koncepcjami jest zazwyczaj wspólna – państwo jako instytucja wyłącznie miękka, będąca li tylko oferentem usług dla obywateli jest zbyt słabe, aby na dłuższą metę zapewnić tego typu usługi – aby bowiem mogło gwarantować swoim obywatelom przywileje i gwarancje bezpieczeństwa, musi funkcjonować w pewnym stanie równowagi, a taki stan równowagi zwyczajnie samoistnie nie występuje w przyrodzie.

    Stąd między innymi cała historia „prokreacyjnej funkcji obywateli” – państwo nie jest bowiem w stanie przetrwać przy ujemnym przyroście naturalnym, więc prokreację niejako musi promować. Wszelakie inne rozwiązania są bowiem krótkowzroczne – imigracja to tak naprawdę rozwiązanie postkolonialne, wykorzystujące słabiej rozwinięte państwa jako źródło „taniej siły prokreacyjnej” i na dłuższą metę nie do utrzymania (bez stałego podtrzymywania „kolonii niewolniczych”, z których będzie się sprowadzać nowych obywateli „do pracy”).

    Mamy tu oczywiście echo starego sporu kolektywizm – indywidualizm, przy czym postawa „państwa minimum” w takim rozumieniu, jak tutaj przedstawione to indywidualizm w wersji skrajnej, bo nastawiony na „tu i teraz”, bez przejmowania się szeroko pojętym „losem ludzkości”. Innymi słowy – państwo to takie coś, co ma zagwarantować, że nam tu i teraz ma być wygodnie, a po nas choćby i potop.

    Tyle teoria, teraz kwestia praktyki. Otóż wbrew pozorom (jak pokazuje chociażby przykład odsądzanego przez nasze „prawicowe” środowiska Camerona w UK) stanowiska nazwijmy to roboczo „konserwatywne” oraz „postępowe” wcale nie muszą być w tej kwestii ze sobą w konflikcie. Opór polskiej prawicy spod znaku PiS wobec związków partnerskich jest bowiem oparty na bardzo płytkim i powierzchownym rozumieniu instytucji – innymi słowy, na naiwnym przeświadczeniu, że samo zagwarantowanie hetereoseksualnym małżeństwom wyłączności konstytucyjnej w jakiś magiczny sposób spowoduje, że od tej pory będą powstawać same małżeństwa-niczym-byty-platońskie (i odwrotnie – że dopuszczenie związków partnerskich w jakiś sposób doprowadzi do erozji heteroseksualnych małżeństw jako atrakcyjnej opcji). Tymczasem chociażby przykład francuskich PACSów pokazuje, że tak wcale nie jest i że odwrót od instytucji małżeństwa jest spowodowany względami społeczno-kulturalnymi, których nie da się zastopować środkami administracyjnymi (bez uciekania się do jakichś absurdalnych poziomów inżynierii społecznej). Można być zatem względnym kolektywistą (w rozumieniu prawicowo-konserwatywnym, bo oczywiście w naszej kulturze nie mówimy o takim poziomie kolektywizmu, jaki ma miejsce chociażby w kulturach Azji takich jak Chiny) a zarazem uważać, że związki partnerskie nie są żadnym instytucjonalnym zagrożeniem dla małżeństw heteroseksualnych, bo są tylko emanacją pewnych zmian społecznych, a ze zmianami społecznymi nie da się walczyć metodami administracyjnymi (tylko np. reformując skostniałe konserwatywne instytucje mające być reprezentantami „tradycyjnego modelu rodziny”).

    Na koniec, mała ciekawostka – postawa antykolektywistyczna pt. „państwo jest dla obywatela, a nie obywatel dla państwa” w połączeniu z przekonaniem, że w gruncie rzeczy taki „zbiorczy indywidualizm” jest optymalnym sposobem funkcjonowania państwowości to zestaw poglądów charakterystycznych dla… aynrandyzmu :>

  6. @pwilkin

    Dzięki za wyczerpującą wypowiedź.
    Domyślam się, że jest wiele wizji państwa, bo też i wiele państw jest na świecie, i różnie się one konstytuowały. Piszę o tym, jak w przypadku umowy społecznej ono powinno działać.
    Ad „prokreacyjna funkcja obywateli” – nie, nie i jeszcze raz nie. To nie obywatele służą państwu swoimi gametami, produkując podatników. Zważywszy, że system działa sprawnie przy wymianie pokoleń, obywatele głosami swoich przedstawicieli umawiają się na pewne formy promowania dzietności, ale (przynajmniej od dłuższego czasu w naszym kręgu kulturowym) nie wprowadzają przepisów karzących za bezdzietność.

    Państwo w tej koncepcji nie jest oferentem usług, jest mechanizmem usprawniającym działanie grupie ludzi, oznacza to również pewne represje (kodeks drogowy, prawo karne, policja, sądy, więzienia). Nie wiem, gdzie się doszukałeś postawy „po nas choćby potop” – jeśli konstruujemy sobie państwo, rezygnując z pewnych wolności i nieograniczonej konsumpcji na rzecz dóbr wspólnych (ochrona zdrowia, edukacja, ochrona przyrody, pomoc najsłabszym, zasiłki, renty, promocja kultury etc), to jest to właśnie ten rodzaj myślenia obywatelskiego, który sprzyja zachowaniu wielu dóbr dla przyszłych pokoleń.

    Masz rację, że legalizacja związków partnerskich w wersji homoseksualnych w żaden sposób nie wpływa na jakość i ilość małżeństw hetero. Panika wokół tej ustawy to ten rodzaj moralnego oburzenia, który z braku argumentów racjonalnych wymyśla sztuczne związki przyczynowo skutkowe. No ale jeśli ktoś serio mówi o „promocji homoseksualizmu” w sposób zakładający, że orientacją można się zarazić od samej ekspozycji na niepotępiający przekaz, to może i w tym równoległym wszechświecie zalegalizowanie związków homoseksualnych sprawi nagle lawinowe konwersje?

  7. Dzięki za wyczerpującą wypowiedź.
    Domyślam się, że jest wiele wizji państwa, bo też i wiele państw jest na świecie, i różnie się one konstytuowały. Piszę o tym, jak w przypadku umowy społecznej ono powinno działać.

    Ja piszę tylko o koncepcjach tzw. nowożytnych, czyli tych, które w ogóle można podpiąć pod umowę społeczną. Nawet u Rousseau, uważanego za chyba najbardziej „liberalnego” z klasycznych myślicieli, decydująca o ustawodawstwie jest „wola powszechna”, o której Rousseau wprost mówi, że nie jest tożsama ani z wolą większości, ani z wolą pojedynczych jednostek związanych umową społeczną.

    Ogólnie u wszystkich klasycznych myślicieli od umowy społecznej (i paru ich następców) umowa społeczna to coś, co faktycznie powołuje do istnienia nowy byt emergentny zwany państwem. Byty emergentne to zresztą nie jest jakaś dzika fantazja filozofów, można je obserwować w praktyce chociażby w postaci spółek z o.o. czy innych tego rodzaju tworów prawnych. „Interes państwa” jest pojęciem w podobnym stopniu abstrakcyjnym co dajmy na to „działanie na szkodę spółki”.

    Ad “prokreacyjna funkcja obywateli” – nie, nie i jeszcze raz nie. To nie obywatele służą państwu swoimi gametami, produkując podatników. Zważywszy, że system działa sprawnie przy wymianie pokoleń, obywatele głosami swoich przedstawicieli umawiają się na pewne formy promowania dzietności, ale (przynajmniej od dłuższego czasu w naszym kręgu kulturowym) nie wprowadzają przepisów karzących za bezdzietność.

    I całe szczęście. W sumie to przecież „zważywszy, że system działa sprawnie przy wymianie pokoleń, obywatele głosami swoich przedstawicieli umawiają się na pewne formy promowania dzietności” to inny sposób powiedzenia tego samego – po prostu inne rozłożenie akcentów.

    Nie chodzi przecież o to, że państwo to jest jakiś autonomiczny twór, niezależny od swoich obywateli – tak faktycznie mogło być w myśli średniowiecznej, natomiast koncepcje umowy społecznej zrywają z tego rodzaju sposobem myślenia. Chodzi raczej o to, że państwo to coś więcej, niż prosta „suma części” i jako takie ma rozmaite „swoje interesy” – które w państwach umowy społecznej podporządkowane są rzecz jasna temu, żeby obywatelom żyło się lepiej.

    Gdybyśmy to zastosowali do państwa z innego modelu, niż umowa społeczna, to wtedy rzeczywiście ta prokreacja brzmi groźnie – bo sugeruje niemalże jakiś przymus prokreacyjny albo wręcz inżynierię społeczną. A chodzi tylko o (relatywnie miękkie) „fajnie, jeśli obywatele mają dzieci” – biologia zazwyczaj załatwi resztę.

    o jest to właśnie ten rodzaj myślenia obywatelskiego, który sprzyja zachowaniu wielu dóbr dla przyszłych pokoleń.

    No tak, tylko to wszystko ma wyłącznie sens przy założeniu, że te przyszłe pokolenia będą :>

    No ale jeśli ktoś serio mówi o “promocji homoseksualizmu” w sposób zakładający, że orientacją można się zarazić od samej ekspozycji na niepotępiający przekaz, to może i w tym równoległym wszechświecie zalegalizowanie związków homoseksualnych sprawi nagle lawinowe konwersje?

    Jestem wprawdzie współautorem rozdziału w podręczniku od metafizyki, który traktuje o światach możliwych, ale te rozważania jednak chyba wykraczają nieco poza moje kompetencje :>

    Tak na serio – warto w sposób twardy i nienachalny, bez obrażania kogokolwiek promować fakty dotyczące homoseksualizmu. Wiadomo, że nikogo „nawiedzonego” to nie nawróci, ale nawiedzeni to ułamek. Mi swojego czasu pomogło ;)

  8. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że posłanka P. w swojej głupocie powiedziała o ludziach bezużytecznych dla społeczeństwa, nie dla państwa.

  9. @janekr
    Przez to cały wywód robi się podejrzany, podobnie jak katolicy odwołujący się do neodarwinizmu (choć jeszcze kilka przepychanek temu słowa „darwinizm” używali jako obelgi). Przecież społeczeństwo czy obywatele to durna masa złożona z przypadkowych ludzi, liczy się Naród. Obywatele wybrali Peło i Palikota do Sejmu, Naród by tak nie postąpił.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s